(Oto wykaz wszystkich
stron z TEGO serwera, w zestawieniu językowym - w 8 językach.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:)
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 2".)
Oto wykaz wszystkich moich stron
ze wszystkich serwerów. Strony te najpierw zestawione są językami
(tj. jako strony po polsku,
angielsku, niemiecku,
francusku, hiszpańsku,
włosku, grecku, oraz
rosyjsku.) Dla każdego zaś języka strony zestawione
są przedmiotowo.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 4".)
Witam na stronie internetowej o ciekawostkach, zagadkach
i tajemnicach dolnośląskiego miasta Milicza i jego okolicy!
W starożytności, dwie najważniejsze drogi
naszej planety nazywane były "szlakiem jedwabnym" oraz "szlakiem bursztynowym".
Szlak jedwabny był transkontynentalną drogą która łączyła kraje śródziemnomorskie
z Chinami. Natomiast szlak bursztynowy był transeuropejską drogą która łączyła
kraje śródziemnomorskie z wybrzeżem Bałtyku. Jedna z odnóg owej ogromnie ważnej
transeuropejskiej arterii komunikacyjnej prowadziła z Wrocławia do Milicza,
dalej zaś przez Gniezno do Gdańska oraz do wybrzeży Bałtyku. Bursztyn okazuje
się więc być ową dynamiczną substancją miasto-twórczą, której dzisiejszy Milicz
zawdzięcza swoje powstanie i ewolucję do obecnej postaci. W dawnych czasach
bursztyn stanowił wszakże ogromnie poszukiwany towar. Kupcy z południa Europy
i z Północnej Afryki wybierali się w okolice obecnego Gdańska aby go nabyć.
Przy tym droga którą wówczas podążali musiała być bardzo starannie dobrana.
Mianowicie, musiała ona przebiegać przez tereny relatywnie wolne od łupieżców
i wojowniczych plemion. Musiała też posiadać gościnną osadę ludzką co około
jeden dzień podróży wolnym zaprzęgiem konnym, tak aby kupcy ci mogli
bezpiecznie zatrzymać się tam na noc. Ową starannie dobraną, relatywnie
bezpieczną drogę, po której przemieszczały się wówczas karawany kupieckie
przewożące bursztyn, a także najróżniejsi długodystansowi podróżni, z czasem
nazwano bursztynowym szlakiem. Choć z biegiem czasu bursztyn stopniowo
utracił swoją rolę stymulatora handlu, pojawiły się wówczas nowe towary i nowe
polityczne powody, jakie zmuszały ludzi do podróżowania pomiędzy północą i
południem Europy. Pomimo więc, że upływało wiele wieków, "bursztynowy szlak"
pozostawał najważniejszą lądową arterią komunikacyjną Europy, przez którą
przemieszczały się całe masy ludzi i towarów. Ku ogromnemu szczęściu
mieszkańców Milicza, jedno z odgałęzień tej ogromnie ważnej i uczęszczanej
arterii przebiegało właśnie przez ich miasto. (Jednym z bardziej przekonywujących
dowodów że "bursztynowy szlak" faktycznie przebiegał kiedyś przez Milicz, jest
relatywnie częste znajdowanie w czasach mojej młodości zwietrzałych wyrobów
bursztynowych wywodzących się ze starożytności. Pamiętam że w drugiej klasie
szkoły podstawowej miałem kolegę, który przynosił do szkoły cały szereg starych
wyrobów ze zwietrzałego bursztynu, jakie prawdopodobnie liczyły ponad 1000 lat.
Bursztyn był w nich już bowiem tak zwietrzały, że stracił kolor, popękał,
oraz stał się kruchy. Domyślam się, że ktoś z jego rodziny zapewne odkrył
wówczas gdzieś w Miliczu jakiś starożytny "bursztynowy skarb" podobny do
tego znalezionego w dzielnicy Wrocław-Partynice, a omówionego na stronie
Wrocław
z "Menu 1".) Milicz w dawnych
czasach był położony bardzo dogodnie na owym szlaku bursztynowym. Oddalony
był bowiem od Wrocławia dokładnie o dwa dni wędrówki piechotą czy jazdy w
ciężkim wozie zaprzęgowym, lub o jeden dzień jazdy wierzchem lub szybką karetą
wielokonną. W Miliczu zatrzymywały się więc na noc zarówno wolno-podróżujące,
bo obładowane towarami karawany kupieckie, jak i szybcy podróżni wierzchem
i w wielokonnych powozach. Stąd Milicz z czasem stał się rodzajem "miasta
hotelowego" na bursztynowym szlaku. Dostarczał on podróżnym wszelkich usług
hotelowych. Kupcy i przejezdni zatrzymywali się w nim na noc, odpoczywali,
jedli, pili, uprawiali hazard, odwiedzali miejscowe prostytutki, handlowali,
uzupełniali zapasy, naprawiali uszkodzone wyposażenie, grzebali swoich
zmarłych w drodze, zaś w czasach kiedy chrześcijaństwo upowszechniło się
w Europie - również modlili się w milickich kościołach o szczęśliwy przebieg
ich dalszej podróży. (Po szczegóły owych milickich usług kościelnych i
duchowych - patrz strona internetowa z "Menu 1" o kościele
Św. Andrzeja Boboli.)
* * *
Przytoczmy teraz kilka danych na temat Milicza.
Milicz jest małym miasteczkiem położonym na Dolnym
Śląsku, czyli w południowo-zachodnim kącie Polski. Jak stwierdza informacja wystawiona
w Izbie Regionalnej Milicza, Milicz jest bardzo starym miastem. Podobno na jego obecnym
obszarze ślady osadnictwa ludzkiego pojawiły się już 7 000 lat p.n.e., czyli jeszcze w czasach
przedhistorycznych. Pozostałości byłego grodziska piastowskiego z tamtego prehistorycznego
okresu, lokalnie zwanego "Chmielnik", zlokalizowane są na prawym brzegu rzeki Barycz,
pomiędzy Miliczem a dzisiejszą wsią Wszewilki, czyli niedaleko od obecnej ulicy Milicza
nazywanej "Krotoszyńska". Do rozmiarów sporego średniowiecznego miasta Milicz urósł
już do 1136 roku, kiedy to po raz pierwszy wymieniony został na piśmie jako miasto,
w tzw. "bulli dla arcybiskupa gnieźnieńskiego". Stanowił on wówczas ważny ośrodek
handlowy i rzemielśniczy. Był też siedzibą starej piastowskiej kasztelanii na
drodze z Wrocławia do Gniezna. Począwszy od XII wieku aż do połowy
XIV wieku był własnością kapituły wrocławskiej. Potem, aż do roku 1492 Milicz
znajdował się we władaniu książąt oleśnickich. Prawa miejskie Milicz otrzymał
w 1323 roku. W XIV wieku zbudowany został w Miliczu duży zamek warowny, którego
ruiny do dzisiaj ostały się w parku milickim. W 1339 roku Jan Luksemburski
opanował ten zamek podstępem. W 1432 roku miasto zdobyli husyci. W XVIII wieku
zamek warowny w Miliczu został spalony, aby nigdy nie być już odbudowanym. Do dnia
dzisiejszego po zamku tym zostały tylko ruiny które można oglądać w milickim parku
miejskim, a także niezliczone podziemne tunele, które dokładniej opisane zostaną
w kilku odrębnych punktach tekstu tej strony. W 1742 roku Milicz został włączony do
państwa Prus. W 1875 roku otrzymał połączenie kolejowe ze światem. W 1945 roku
został ponownie przyłączony do Polski. Obecnie jest kwitnącym miastem oraz celem
wizyt coraz liczniejszych wczasowiczów i turystów. Satelitarną fotografię dzisiejszego
Milicza można zobaczyć na następującej stronie internetowej
http://maps.google.com/maps?ll=51.551406,17.286901&spn=0.026010,0.058545&t=k&hl=en.
(Na fotografii tej zwróć uwagę na przebieg linii kolejowej biegnącej pionowo w pobliżu
lewej krawędzi fotografii, a także przebieg koryta rzeki Barycz biegnącej poziomo w
połowie wysokości tej fotografii. Odnotuj, że podobne zdjęcie satelitarne podmilickiej
wsi Wszewilki dostępne jest ze strony internetowej o
Wszewilkach.)
* * *
Dzisiejsza liczba ludności Milicza jest
trudna do oszacowania. Wszakże obecne granice administracyjne Milicza nie
pokrywają się z naturalnymi przerwami w osadnictwie ludzkim. W rezultacie, takie
przedmieścia Milicza jak Wszewilki, Sławoszewice, czy Karłów, administracyjnie
nie należą do Milicza, chociaż faktycznie dzisiaj stanowią z Miliczem jeden scalony
system miejski. Oczywiście w dawnych czasach były one zupełnie odrębnymi osadami.
Stąd dawne podliczenia zaludnienia Milicza są precyzyjniejsze. Zgodnie z książką
"Na Ziemi Ojców - Rocznik Ziem Zachodnich i Północnych" wydany w 1962 roku przez
Towarzystwo Rozwoju Ziem Zachodnich, w 1761 roku Milicz miał 719 mieszkańców,
w 1825 roku - 2207 mieszkańców, w 1914 roku - 3 374 mieszkańców, w 1936 roku -
4 816 mieszkańców, w 1945 roku, czyli natychmiast po wojnie - tylko 450 mieszkańców,
zaś w 1960 roku - 6 333 mieszkańców (w tym 3 450 do wieku 25 lat). W 1993 roku
Milicz liczył już 12 500 mieszkańców (dane z 6 tomowej "Nowej Encyklopedii
Powszechnej", PWN, 1998 rok). Niemniej są to
dane dla samego miasta Milicza, czyli do milickiej "starówki". Z kolei
cały ów milicki kompleks miejski, obejmujący również scalone z Miliczem
przedmieścia, w 2004 roku liczył zapewne około 30 000 mieszkańców.
Oczywiście w obecnej dobie komputerów, braku książek telefonicznych,
rozmywających się naturalnych granic pomiędzy osiedlami, oraz raptownych
migracji ludności, jest ogromnie trudno utrzymać dokładną rachubę ilu właściwie
ludzi mieszka w kompleksie Milicza. Wszakże najpierw należałoby dokładnie
zdefiniować, gdzie właściwie kończy się strefa bezpośrednich wpływów
miasta Milicza, co wcale nie jest takie łatwe.
* * *
Niniejsza strona stawia sobie
cel zaprezentowania opowieści i ciekawostek folklorystycznych o Miliczu,
a nie faktów naukowych o owym mieście. Praktycznie to
oznacza, że to co na niej zaprezentowane stara się tylko wiernie
oddać i zilustrować co różni ludzie opowiadali,
co twierdzili, czy w co wierzyli. (Wszakże np. w dawnych czasach nie było
telewizorów, stąd w długie zimowe wieczory ludzie zabawiali się najróżniejszymi
opowiadaniami. Ponadto, nawet kiedy strona ta powtarza to co komuś było
wiadome z całą pewnością, ciągle do owej informacji mogły wkraść się różne
błędy spowodowane niedoskonałością ludzkiej pamięci.) Strona ta NIE stara
się nawet dociekać czy udowadniać, na ile to co w niej powtórzone jest prawdą,
ani jaką wartość faktologiczną, historyczną, czy naukową to posiada. Ponadto,
sama natura prezentowanych tutaj informacji powoduje, że nawet jeśli któraś
z owych opowieści folklorystycznych zawiera wyłącznie historyczną prawdę,
w chwili obecnej prawdopodobnie nie jest
możliwe naukowe dowiedzenie jej absolutnej poprawności. Sprawę oceny poziomu
prawdy w zaprezentowanych poniżej opisach pozostawiam więc dyskresji czytelników.
* * *
Opracowana została specjalna strona, która
stawia sobie za cel internetowe koordynowanie
zwiedzania miasta Milicza i pobliskiej wsi
Wszewilki. Strona ta stara się informować
czytelników w jaki sposób, jakimi szlakami,
oraz w jakich terminach najlepiej zwiedzać
historyczne miejsca i ciekawostki miasta
Milicza oraz pobliskiej wsi Wszewilki.
W Menu strona ta występuje pod nazwą
"Wszewilki-Milicz"
(kliknij na jej nazwę aby ją sobie otworzyć).
Ponadto istnieje też już strona omawiająca
przyszłość Wszewilek i Milicza.
(Zauważ że można zobaczyć powiekszenie
każdej fotografii z niniejszej strony internetowej. W tym celu wystarczy zwykle
kliknąć na tą fotografie. Ponadto wiekszość tzw. browserow ktore obecnie
są w użyciu, włączając w to populany "Internet Explorer", pozwala na
załadowanie każdej ilustracji do swojego
własnego komputera, gdzie można jej się do woli przyglądać, gdzie daje się ją
zredukować lub powiększyć, a także gdzie ją można wydrukować za pomocą
posiadanego przez siebie software graficznego.)
Fot. 1: To zdjęcie zostało wykonane w lipcu 2004 roku
z wierzchołka wału przeciwpowodziowego dzisiejszej rzeki Barycz. Obiektyw fotografującego
aparatu skierowany był na północ. Zdjęcie pokazuje dzisiejszy wygląd prastarego
grodziska "Chmielnik" z którego wywodzi się dzisiejszy Milicz. Owo grodzisko, to
tamto koliste wyniesienie gruntu w samym środku zdjęcia, pod którym rosną dwa spore
drzewa, zaś na którym widać pracujących archeologów (jeden z nich w białej koszuli).
Zabudowania wioski widocznej poza grodziskiem na horyzoncie, to podmilicka wieś
Wszewilki.
Na prawym brzegu rzeki Barycz,
w miejscu w którym owa rzeka formowała kiedyś niemal pełną pętlę,
umiejscowiona jest siedziba prastarego grodziska z którego wyrósł
dzisiejszy Milicz. Grodzisko to dzisiaj popularnie nazywane
jest "Chmielnik". Najlepszy dojazd do niego jest drogą biegnącą
równolegle do rzeki Barycz, a zaczynającą się od dziejszej
ulicy Krotoszyńskiej. Grodzisko to znajduje się pomiędzy
rzeką Barycz, wsią
Wszewilki,
ulicą Milicza zwaną "Krotoszyńska", oraz torami kolejowymi
Milicz - Krotoszyn.
Informacja pisana jaką
widziałem w milickiej Izbie Regionalnej podaje, że ślady osadnictwa
znajdowane w obszarze dzisiejszego Milicza wykazują, iż osadnictwo
to istniało tutaj już jakieś 7000 lat p.n.e. Jeśli owa informacja
jest twardym faktem wywodzącym się z badań archeologicznych
i z datowania np. metodą węgla radioaktywnego, wówczas czyni
ona grodzisko Milickie faktycznie starsze od Biskupina, a
nawet od niektórych piramid egipskich.
W celu poznania więcej szczegółów
na temat prehistorii Milicza, warto jest odwiedzić milicką Izbę Regionalną
(czyli coś w rodzaju małego muzeum milickiego). Jest ona zlokalizowana w
najbliższym do miasta skrzydle pałacu Maltzanów, w ktorym w 2004 roku
mieścił się milicki "Zespół Szkół Przyrodniczych". Owa Izba Regionalna
opisana została w punkcie #9 poniżej.
#2. Przed-chrześcijańskie wierzenia na Ziemi Milickiej, czyli
bóg Piorun (Władca Milicza):
Zanim chrześcijaństwo przyszło do Milicza,
miejscowi Słowianie wierzyli w cały szereg bóstw pogańskich. Najważniejszym z
nich był bóg Piorun ("Władca Milicza"), czyli wzbudzający strach lokalny bożek
któremu składano ofiary. (Prawdopodobnie prawzorem dla niego był jakiś upadły
moralnie UFOnauta, który zasmakował w ukazywaniu się prymitywnym ludziom
i w ich straszeniu.) Bożka tego, wyrzeźbionego w pojedyńczym kawałku dębu i
zachowanego do dzisiaj, zobaczyć można we wspomnianej wyżej milickiej Izbie
Regionalnej. Jego zdjęcie pokazano na fotografii 2. Fakt użycia drzewa dębowego
dla wykonania rzeźby tego bożka, sugeruje że ów "Władca Milicza" najprawdopodobniej
był dawnym słowiańskim bogiem zwanym "Piorun" (ten od popularnego powiedzenia
ciągle używanego nawet obecnie na obszarze poznańskiego: "idź do Pieruna").
Fot. 2: Jest to fotografia bożka pogańskiego, który w milickiej
"Izbie Regionalnej" wystawiony jest pod nazwą "Władcy Milicza". Niewiele
obecnie wiadomo na jego temat, poza faktem że był on kiedyś przedmiotem
pogańskiego kultu w pobliżu dzisiejszego Milicza.
Ja osobiście posądzam, że reprezentuje on słowiańskiego bożka zwanego
"Piorun", oraz że w czasach pogańskich oryginalnie umieszczony on był
pod prastarym dębem zlokalizowanym w miejscu pogańskiego kultu kiedyś
uprawianego na obszarze byłego cmentarza z Wszewilek (cmentarz ten i
uprawiany na nim kult bożka "Pioruna" omawiane są w punktach #3 i #8 na
stronie internetowej o wsi
Wszewilki.
Przesłanka do owego posądzenia, że prawdopodobnie jest to właśnie
bóg "Piorun" z obszaru kultowego we Wszewilkach, jest po pierwsze
fakt, że figura ta wyrzeźbiona została z jednego kawałka drzewa dębowego,
w skali 1:1 (czyli ma wielkość dorosłego człowieka). Dąb zaś dla starożytnych
Słowian był właśnie świętym drzewem "zarezerwowanym" dla kultu boga Pioruna.
Z kolei przesłanka, że bożek ten najprawdopodobniej pochodził z miejsca
kultowego we Wszewilkach, jest fakt że w bliskim zasięgu od Milicza, poza
Wszewilkami nie znajdowało się żadne inne miejsce poświęcone temu bożkowi.
Warto tutaj dodać, że w czasach sporządzania niniejszego opisu nie dokonano
jeszcze datowania tej rzeźby metodą węgla radioaktywnego. Niemniej po stopniu
jej zestarzenia się można się domyślić że liczy ona ponad 2000 lat. To zaś
zgadzałoby się z przybliżonym datowaniem owego miejsca kultowego, dokonanym
w punkcie #3 na stronie o
Wszewilkach.
Fot. 3: Ruiny milickiego zamku warownego. Można je zobaczyć
w dzisiejszym parku milickim, niedaleko od obecnego Zespołu Szkół Przyrodniczych.
W latach 1960 do 1964, kiedy to ja uczęszczałem
do Liceum Ogólnokształcącego w Miliczu, powyższe ruiny warownego zamku milickiego ciągle znajdowały
się w relatywnie dobrym stanie. Co więc odważniejsi z moich kolegów mogli buszować po
komnatach, ukrytych przejściach i podziemiach tego zamczyska. Szczególnie podniecający
był wówczas fakt, że w ruinach owego zamku ciągle wtedy dostępne było wejście do
podziemnych tuneli i lochów, które prowadziły od owego zamku aż w kilku odmiennych
kierunkach. Z kolei w lochach tych, zgodnie z licznymi opowieściami, miały być zamurowane
pradawne skarby. Lochy te dosyć dokładnie egzaminował Zbyszek - słynny tropiciel
tajemnic, oraz mój kolega licealny ze starszej klasy i sąsiad z tej samej wioski Wszewilki.
Jak być może niektórzy starsi mieszkańcy Milicza ciągle pamiętają, Zbyszek odkrył
w tych tunelach jakiś skład starych broni oraz zbroi rycerskich,
po których przybraniu straszył spacerowiczów w parku. W końcu ubranego
w pełną zbroję rycerską i dźwigającego ciężki miecz milicja zdołała pochwycić i
przemaszerowała przez całe miasto zanim na posterunku zdołała go przekonać aby zaniechał
dalszego straszenia ludzi. Z tego co o tunelach i lochach podmilickich mówiło się w czasach
mojej nauki w liceum, to jeden taki tunel wiódł z milickiego zamku warownego do palacu
margrabiów Maltzan'ów, potem zaś do grobowca margrabiego. Inny tunel wiódł do podziemi
ratusza milickiego oraz do kilku piwnic w starówce samego Milicza. Jeszcze inny wiódł
pod Baryczą aż do Stawca, gdzie wychodził na powierzchnię przy tamtejszych źródłach
wody pitnej dla pałacu margrabiego. Ów tunel do Stawca łączył się też z tunelem od
zamku Sapiechów w Cieszkowie, zaś wychodził na powierzchnię w lasach przycieszkowskich
(patrz fotografia 5a). Jego część z pobliża Cieszkowa została odgrodzona murem
od reszty i wykorzystywana była przed drugą wojną światową jako dojrzewalnia
gorzałek i wina. W chwili obecnej wylot z tego tunelu służy jako schronienie
dla nietoperzy (pokazany on jest na fotce 5a z niniejszej strony internetowej).
W drugiej połowie 14-go wieku, książęta Oleśniccy
wznieśli w Miliczu zamek warowny. Był on budowany w stylu gotyckim. Otaczała go fosa i
gruby mur obronny. W jego środku znajdował się owalny dziedziniec ze studnią. Zamek ten
został spalony w czasie wojen husyckich. W 16 wieku został on odbudowany, jednak tym razem
z ornamentyką renesansową. W 1797 roku zamek ten częściowo spłonął ponownie. W następstwie
tego pożaru, jego ówcześni właściciele, rodzina Maltzanów, zniechęcona nieustannymi pożarami
i koniecznością odbudowy, zamiast go ponownie odbudowywać, zbudowała w jego pobliżu
odrębny pałac który istnieje do dzisiaj - patrz fotografia 8. Natomiast zamek stopniowo popadł
w ruinę. Szczególnie szybko degenerował się on po drugiej
wojnie światowej. Pamiętam bowiem z czasów swojego dzieciństwa (tj. z lat 1950-tych), że jego
ruiny były w nieporównanie lepszym stanie niż znajdują się one dzisiaj.
#4. Średniowieczne
studnie zamkowe – sekretne drzwi do wolności:
Dawne zamki warowne miały to do siebie,
że w na wypadek oblężenia budowały one liczne podziemne tunele i lochy,
z których wyjścia znajdowały się ukryte w lasach wiele kilometrów od danego
zamku. Warowny zamek milicki wcale nie był wyjątkiem w tym względzie. W różnych
kierunkach świata prowadziły od niego liczne tunele podziemne. Sporo z tych
tuneli ciągle znajdowało się w stanie używalności już po drugiej wojnie światowej.
Pamietam, że sporo moich kolegów szkolnych poszukiwało w nich skarbów.
W średniowiecznych czasach wejście
do tuneli podziemnych zwykle ukryte było w studni jaka standardowo znajdowała
się na dziedzińcu zamkowym. Nawet do dzisiaj wiele studni zamkowych posiada
owe wejścia do podziemnych tuneli. Przykładowo, wejścia takie znajdują się w
studniach na: (1) zamku wysokim w Malborku (tej z rzeźbą pelikana), (2) zamku
w Otmuchowie na południe od Wrocławia (od owej studni zamku w Otmuchowie
tunele biegną aż do twierdzy w Kłodzku), a także (3) zamku w Gniewie - patrz
fotka 4. Faktycznie też ruiny zamku warownego w Miliczu także posiadały na
dziedzińcu taką studnię z wejściem do lochów. Resztki tej studni ciągle
istniały w czasach kiedy ja uczęszczałem do szkoły podstawowej.
Jeden z bardziej znanych z tych
tuneli podziemnych wychodzących od zamku warownego w Miliczu miał wylot w
lasach niedaleko Cieszkowa. Wylot ten pokazano na zdjęciu 5a poniżej.
Fot. 4: Studnia zamkowa z pokrzyżackiego zamku Gniew z Północnej Polski.
Fotografia wykonana w lipcu 2004 roku. Osoba sfotografowana to ja (dr Jan Pająk).
Patrząc do owej studni z miejsca z którego ja do niej zaglądam, wyraźnie widać w
niej wejście do lochów i podziemi zamkowych. Z kolei owe lochy zawsze posiadały
conajmniej jedno wyjście położone w lasach daleko poza obrębem murów zamku.
Ciekawostką lochów które zaczynają się w
powyższej studni zamku w Gniewie, jest że w lochach tych zginęło całe mnóstwo
zamurowanych w nich lub więzionych skazańców. Jak stwierdza miejscowa fama,
duchy niektórych z tych więźniów pokutują w owym zamku do dzisiaj.
Duchy te stanowią nawet atrakcję turystyczną owego zamku. Właśnie jako taka
miejscowa atrakcja, owe gniewskie duchy zostały zaprezentowane w artykule [LOT-1]
"Castle holidays - wakacje z zamkami", opublikowanym na stronach 64 do 72
dwujęzycznego miesięcznika pokładowego Polskich Linii Lotniczych LOT SA,
"Kaleidoscope", vol. 69 nr 7, wydanie z lipca/July 2004 roku (adres redakcji:
Wydawnictwo Business Press, Al. Jerozolimskie 125 A, 02-017 Warszawa, Poland).
Fot. 5(a): Wylot ze starego tunelu podziemnego, ukryty w lesie
niedaleko Cieszkowa. Dla oddania jego wielkości, przy wyjściu z niego stoję ja (dr Jan
Pająk) oraz moja żona. Dawni ludzie opowiadali, że tunel ten oryginalnie łączył się z
warownym zamkiem w Miliczu. Jednak przed druga wojną światową jego końcową część oddzielono
murem od reszty, wykorzystując ją jako dojrzewalnię alkoholi dla miejscowej gorzelni
z Cieszkowa. W chwili obecnej tunel ten ustanowiony został jako rezerwat nietoperzy.
Wejście do niego pozostaje trwale zamknięte i niedostępne dla publiczności.
Fot. 5(b): Wygląd typowego podziemnego tunelu z okresu średniowiecza.
Powyższy tunel dostępny jest dla zwiedzająych w Kłodzku. Wejścia do niego znajdują się
przy kłodzkim ratuszu oraz pod twierdzą kłodzką. Jest on dobrze oświetlony, zabezpieczony
przed zabłądzeniem, oraz pełen średniowiecznych eksponatów, warty więc zobaczenia -
gorąco zachęcam. Cały labirynt średniowiecznych tuneli bardzo podobnych do powyższego
znajduje się również pod Miliczem. Tyle że mało kto wie o ich istnieniu. Być może warto
rozważyć udostępnienie ich dla zwiedzających, podobnie jak to uczyniło Kłodzko.
Wszakże dostarczyłoby to Miliczowi
dodatkowej atrakcji, nie wspominając
już o źródle zarobku i utrzymania dla
całego szeregu ludzi.
Fot. 5(c): Resztki szkieletu
skazańca uwięzionego w celi tunelu w
Kłodzku. Podziemne tunele z okresu
średniowiecza często służyły również
jako więzienia w których zakuwano
skazańców na zawsze. Do skazańców
tych nikt potem już nie zaglądał, tak że
po prostu umierali tam z głodu, braku
wody i światła. Podobne średniowieczne
podziemne cele więzienne znajdują się
w tunelach pod Miliczem.
Dla zwykłego przechodnia z ulicy,
miasteczko Milicz niczym się nie wyróżnia. Tymczasem gdyby ziemia stała
się przeźroczysta, zapewne wszystkim zatkało by oddech. Pod Miliczem
kryje się bowiem jeszcze jedno tajemnicze miasto, mające formę całego
labiryntu podziemnych tuneli. Jak każde średniowieczne miasto, Milicz
miał cały system tuneli kryjących się w jego podziemiach. Tunele te
były też naprawiane i utrzymywane w stanie używalności aż do zakończenia
drugiej wojny światowej. Dopiero po drugiej wojnie światowej ludzie
stopniowo o tunelach tych niemal całkowicie zapomnieli. Dlatego do dzisiaj
zapewne popadły one w całkowitą ruinę.
Labirynt podziemnych tuneli
pod Miliczem wywodzi się aż z dwóch źródeł. Pierwszym z nich były
potrzeby obronne średniowiecznego miasta Milicza, oraz jego warownego
zamku. Potrzeby te opisałem już powyżej. Istnieją jednak pod Miliczem
i inne tunele, jakie wcale nie wywodzą się z okresu średniowiecza.
Do oryginalnych bowiem tuneli zbudowanych w średniowieczu przez
gospodarzy warownego zamku milickiego, w terminie późniejszym dodane
zostały dodatkowe tunele podziemne zbudowane przez rodzinę margrabiów
- posiadaczy pałacu w Miliczu. Faktycznie to rodzina margrabiów Maltzanów
lubowała się w budowaniu nowych i remontowaniu starych tuneli podziemnych
pod Miliczem. Budowali oni i remontowali tunele jakie wiodły od ich
pałacu w praktycznie wszystkich kierunkach. Ostatni z takich nowych
tuneli zbudowany został już na początku 20 wieku. Wiódł on od grobowca
margrabiego do jego pałacu (tunel ten opisany jest w punkcie #7 poniżej).
Z co bardziej sławnych tuneli podziemnych budowanych przez rodzinę
Maltzanów, najpowszechniej znane były cztery. Ten zbudowany najpóźniej
z nich, wiódł od ich pałacu do grobowca margrabiego (ruiny tego grobowca
pokazane są na fotografii 7). Inny wiódł od ich pałacu do kościoła
ewangelickiego pokazanego na fotografii 29. Jeszcze inny wiódł
od pałacu do folwarku w Stawcu (wyjście z owego tunelu ciągle istniało
w latach 1958 i 1959, kiedy uczęszczałem do klasy szóstej i siódmej
szkoły podstawowej w Stawcu - znajdowało się ono w pobliżu tamtejszego
ujęcia wody pitnej dla pałacu w Miliczu). Kolejny tunel wiódł od pałacu
do podziemi zamczyska milickiego, gdzie łączył się z systemem
średniowiecznych tuneli jakie od dawna istniały pod owym zamczyskiem.
Jeden z bardziej znanych
z średniowiecznych tuneli podziemnych wiodących z zamku warownego
w Miliczu miał swój
wylot w lasach niedaleko Cieszkowa. Dzisiejszy wygląd tego wylotu
pokazałem na zdjęciu 5a obok. Inny taki tunel podziemny wiódł od
zamku warownego w Miliczu do milickiej starówki. Pod samą starówką
milicką tunel ten rozgałęział się na cały szereg tuneli. Kilka z
tych tuneli zaraz po wojnie ciągle posiadało otwarte wyjścia
prowadzące do piwnic milickich kamieniczek. Potem jednak wyjścia
te zostały zamurowane. Jeden z owych tuneli wiódł do piwnic milickiego
ratusza i ciągle był dostępny na początku lat 50-tych, zanim ruiny
owego ratusza zostały uprzątnięte zaś wejścia do jego głębokich
piwnic zostały zawalone i przykryte ziemią. Tunele te łączyły też
ze sobą podziemia wszystkich trzech kościołów milickich (patrz
opisy z punktu #29).
Fakt że pod
Miliczem istnieje cały labirynt podziemnych tuneli, kryje w sobie
niewykorzystany potencjał dla tego miasteczka. Tunele te wszakże
można otworzyć, wzmocnić, oświetlić, oraz udostępnić dla turystów
jako miejscową atrakcję turystyczną. Wszakże w podobny sposób
swoje podziemne tunele udostępniło turystom miasteczko Kłodzko.
W roku 2004 tunele pod Kłodzkiem dostarczały w ten sposób
stałego zatrudnienia i źródła dochodu dla co najmniej 10 osób.
Milicz ciągle nie rozważył możliwości otwarcia dla turystów
swoich tuneli. Jeśli jednak to uczyni, z całą pewnością te
średniowieczne tunele i ich szokujące tajemnice staną się
istotną atrakcją Milicza i dostarczą stałego źródła utrzymania
dla co najmniej kilku osób.
W średniowieczu
jedna z popularniejszych metod uśmiercania polegała na
zamurowywaniu żywcem lub wrzucaniu żywych ludzi do
bezokiennej wieży w której jedyny istniejący otwór znajdował
się w suficie. Najlepszym przykładem takiej wieży w której
zginęło dosłownie setki ludzi, jest słynna "wieża głodowa"
w Paczkowie - patrz "Fot. 6b". (Paczków jest małym
\miasteczkiem w południowej Polsce, położonym kilkadziesiąt
kilometrów na południe od Wrocławia.) Owa średniowieczna
wieża z Paczkowa pozostawała zamurowana do około lat
1950-tych, kiedy to miejscowe władze miejskie postanowiły
przebić ją aby poprowadzic przez nią chodnik. (Chodnik
ten, oraz wmurowaną w ową wieżę jakby bramę przez którą
chodnik ten poprowadzono, widoczne są na "Fot. 6b". Po przebiciu
okazało się, że całą objętość tej wieży zajmowała bezokienna
komora z maleńkim włazem w suficie. Komorę tą zaś
zapełniały dosłownie setki ludzkich szkieletów zalegających
ją na wysokość kilku metrów. Okazało się, że średniowieczne
władze Paczkowa wrzucały do tej wieży przez owo jedyne
okienko w suficie każdego kto im jakoś podpadł. Po wrzuceniu
zaś do wieży ludzie ci po prostu umierali z głodu, pragnienia
i braku światła. Oczywiście, inne średniowieczne miasta wcale
nie były lepsze. Przykładowo, w podziemiach miasta Kłodzka
wyeksponowana jest zwiedzającym cela więzienna z
kościotrupem. W celi tej uwięziono kogoś, poczym
"zapomniano" go karmić czy uwolnić.
Cele podobne
do tej z katedry w Kwidzyniu, "wieży głodowej" w Paczkowie,
czy z podziemi w Klodzku, czyli cele przeznaczone dla
grzebania czy zamurowywania ludzi żywcem, istniały
również w podziemiach warownego zamku w Miliczu,
oraz w podziemiach średniowiecznego Milicza. Tyle tylko,
że ludzie którzy w nich umierali nie zwrócili niczym na
siebie uwagi społeczeństwa. Dlatego obecnie nikt nie wie
o ich losie.
Fot. 6(a): Cela w której zamurowana została żywcem
Błogosławiona Dorota z Mątowów (1347-1394). Sfotografowana w
czerwcu 2004 roku. (Oczywiście, obecne sprzęty zawarte w tej celi
nie istniały tam w czasach zamurowania. W celach używanych do
zamurowywania żywcem, zwykle nic nie było poza uwiezioną w nich
osobą, oraz poza żelaznymi uchwytami w ścianach do przykuwania
kajdanów.) Pokazana powyżej cela znajduje się w Katedrze w
Kwidzyniu. Jedynym przewinieniem Błogosławionej Doroty było, że
pokazywali się jej UFOnauci, zaś ona raportowala władzom te swoje
spotkania z nieziemskimi istotami. W dzisiejszych czasach zamiast
być zamurowaną żywcem, raczej pisałaby ona książki o spotkaniach
z UFOnautami i o wizytach na planetach UFOnautów.
Fot. 6(b): Tzw. "wieża głodowa" z Paczkowa na południu
Polski. To właśnie do tej wieży średniowieczne władze Paczkowa
wrzucały ludzi którzy jakoś im podpadli. Wieża ta nie miała wogóle
okien, poza małym wrzutem o rozmiarach człowieka umieczonym
w środku jej sufitu. Stąd każdy skazaniec wrzucony do niej szybko
umierał z braku wody, jedzenia i światła. Kiedy w latach 1950-tych
przebito się do tej wieży aby poprowadzić przez nią chodnik widniejący
na powyższym zdjęciu, zalegały ją setki szkieletów ludzi wrzuconych
kiedyś do niej aby w niej umarli. W tym miejscu warto sobie uświadomić,
że ludzie zapewne nie popełnialiby tego typu zbrodni, gdyby Ziemia
nie znajdowała się w mocy szatańskich UFOnautów, którzy bez
ustanku napuszczają jednych ludzi na drugich.
Fot. 7: Resztki grobowca margrabiego Maltzan'a
które zachowały się pod Miliczem. Zdjęcie wykonane w lipcu
2004 roku. To właśnie z tego grobowca wiodło kiedyś połączenie
podziemnymi tunelami z pałacem margrabiów w Miliczu. Tunel
ów zapewne istnieje do dzisiaj, chociaż wejście do niego jest już
zawalone.
Moja matka często
opowiadała mi o pogrzebie margrabiego milickiego, który to
pogrzeb miał miejsce w czasach jej młodości. (Jak sobie
oszacowałem, zapewne gdzieś około roku 1920.) Pogrzeb
odbył się z ogromną pompą. Uczestniczyły w nim delegacje
z praktycznie wszystkich folwarków margrabiego, w tym moja
matka i jej rodzice. Margrabia był bowiem właścicielem dokładnie
99 folwarków rozsianych naokoło Milicza i Żmigrodu. Liczba ta
posiadała swoje uzasadnienie nie w jego zamożności, a w polityce.
Zgodnie bowiem z ówczesnym prawem pruskim, ten kto posiadał
100 folwarków, lub więcej, zobowiązany był do wystawienia i
utrzymania na własny koszt całego pułku wojska na służbę
władcy Prus. Posiadanie więc "tylko" 99 folwarków stanowiło
ówczesny sposób unikania dodatkowych podatków na rzecz
władcy.
Margrabia
milicki pochowany został w grobowcu który sobie
sam z góry przygotował. Ciekawostką tego grobowca
było, że wiódł od niego podziemny tunel wprost do
pałacu margrabiego. Jak mówiono, margrabia nawet
po śmierci chciał nadzorować własny pałac. Od
pałacu do grobowca prowadziła aleja wysadzona
dębami, wiodąca przez park pałacowy. Jednak
sam grobowiec nie znajdował się w obrębie parku,
a poza szosą wiodącą z Milicza do Sułowa. Dęby
rosły przy owej alei jeszcze w czasach kiedy
uczęszczałem do liceum - zaś sam grobowiec
ciągle znajdował się wówczas w relatywnie dobrym
stanie, aczkolwiek był już pusty. Jednak kiedy
w 2004 roku ponownie odwiedziłem ten grobowiec
aby wykonać zdjęcie 7, dęby już były powycinane,
zaś po samym grobowcu zostały już tylko ruiny.
Począwszy od XIII wieku, zarządcy i właściciele Milicza
zamieszkiwali w warownym zamku milickim opisanym powyżej. Jednak zamek ten zlokalizowany był
w miejscu o złym feng shui (patrz jeden z punktów poniżej). Bez przerwy więc płonął
lub był burzony. Dlatego po kolejnym pożarze w 1797 roku, kiedy zamek ten ponownie częściowo
spłonął, ówcześni właściciele zamku postanowili już go nie odbudowywać, a raczej przenieść
swoją siedzibę do pobliskiego miejsca o znacznie lepszym "feng shui". Wybudowali więc sobie
pałac zaledwie kilkaset metrów od zamku. Pałac ten miał dobre "feng shui" i opierał się z
powodzeniem historycznym burzom. Istnieje on do dzisiaj w swoim oryginalnym miejscu,
Jego zdjęcie pokazane jest obok - patrz fotka 8.
Milicki pałac margrabiów zbudowany jest w stylu
klasycystycznym. Położony on jest w środku ogromnego parku o powierzchni 48 hektarów,
przed drugą wojną światową słynącego na całą Europę ze wspaniałych rododendronów i azalii.
Park ten kiedyś cały otoczony był wysokim murem i płotem. Od miasteczka Milicz do pałacu
wjeżdżało się przez dwie bramy.
Pierwsza z tych bram stała tuż za ostatnimi budynkami miasta, czyli na miejscu w którym
kiedyś znajdowała się zachodnia brama wejściowa przez mury obronne Milicza.
Druga z bram do pałacu była ozdobną bramą wzjazdową, zbudowaną w 1844 roku
według projektu Leonarda Schatzela. Jako budulca dla owej bramy użyto materiału
(tj. tzw. "rudy darniowej") pozyskanego z ostatniego fragmentu średniowiecznych
murów obronnych jaki zachował się w Miliczu aż do owego czasu. Faktycznie więc
owa brama symbolizowała sobą rozebrane wówczas mury Milicza. Co ciekawsze,
wierzchołek tej bramy wieńczyła ogromna rzeźba lwa, której oryginał znajdował
się kiedyś na wierzchołku ufortfikowanej bramy wrocławskiej w murach milicza
(tj. bramy z towarzyszącą jej wieżą, która znajdowała się przy dzisiejszym mostku
przez "Młynówkę" - na południowym wylocie ulicy ze starówki Milicza. Jednak
około lat 1980-tych nawet ta brama została rozebrana. Pozostał po niej do dzisiaj
jedynie niewielki cokół, na jakim ciągle stoi owa stara rzeźba lwa. Cokół ten to
wszystko co do dzisiaj pozostało po oryginalnych murach obronnych Milicza
(patrz też fotografia 27b). Jego fotografię wykonaną w lipcu 2004 roku zobaczyć
można na rysunku "Fot. 4" ze strony internetowej o podmilickiej wsi
Wszewilki.
Milicki pałac margrabiów gościł
w sobie wiele znakomitości. Przykładowo wiadomo, że w 1813 roku w pałacu tym
przebywał car Aleksander I.
Fot. 8: Pałac margabiów w Miliczu. Zdjęcie z lipca 2004 roku.
Obecnie ma w nim siedzibę Zespół Szkół Przyrodniczych. W jego prawym
skrzydle, kiedyś przeznaczonym dla służby pałacowej (niewidocznym na
tym zdjęciu), znajduje się milicka Izba Regionalna, czyli miniaturowe
muzeum Milicza opisane w punkcie #9 poniżej. To właśnie do tego pałacu
wiódł podziemny tunel z grobowca margrabiego pokazanego na zdjęciu 7.
Fot. 9: Historia początków Kasztelanii Milickiej,
opisana na bannerze w Izbie Regionalnej Milicza. Zdjęcie z lipca 2004 roku.
Milicka Izba Regionalna
zlokalizowana jest w prawym skrzydle byłego pałacu Maltzanów, w którym
w 2004 roku siedzibę miał Zespól Szkół Przyrodniczych.
W lipcu 2004 roku, owa Izba
Regionalna w Miliczu otwarta była w każdą środę, czwartek i piątek, w godzinach
od 8 rano do 12:30. Wstęp był bezpłatny.
* * *
Milicz desperacko potrzebuje własnego
muzeum (takiego z prawdziwego zdarzenia) oraz własnej informacji turystycznej.
(Jest przy tym istotne aby obie te instytucje umiejscowione były w jednym
i tym samym budunku zlokalizowanym w pobliżu centrum miasta.)
Wszakże muzeum zaopatrywałoby mieszkanców Milicza w poczucie
przynależności i indywidualności. Z moich obserwacji w podróżach
po świecie wynika, że mieszkańcy miejscowości jakie posiadają
własne i dobrze zaopatrzone muzea, zawsze są bardziej samoświadomi,
bardziej związani uczuciowo, oraz bardziej dumni ze swojego miasta,
niż mieszkańcy miejscowości bez muzeów. Pozatym przybyszom takie
muzeum oferowałoby szybkie i ilustratywne poznanie historycznych korzeni
tego miasta. Z kolei informacja turystyczna powiadamiałaby przybyszy
co interesującego można zobaczyć w Miliczu i okolicy, organizowalaby
im noclegi, wyżywienie i wycieczki, wskazywalaby środki transportu, itp.
Z pośród wielu modeli na
jakich takie milickie muzeum z prawdziwego zdarzenia mogłoby być
oparte, moim zdaniem najlepszy byłby model nowozelandzki. W modelu
tym muzeum oferuje wszystkim wstęp wolny od opłat (tj. nie stosuje
biletów), a ponadto oferuje liczne aktywne atrakcje jakie bawią i
uczą (np. przeżycie jak się czuje podczas trzęsienia ziemi, w
kopalni, we wnętrzu lodowca, czy we wnętrzu ziemi, historyczne
lub naukowe pokazy, próbki pod mikroskopami i urządzenia testowe
dostepne dla zwiedzających, itp.).
Oferuje też nieodplatne usługi, w rodzaju informacji historycznej
i turystycznej, pokazów, odczytów, wykładów, biblioteki, itp. Pieniądze
zaś na utrzymanie muzeum zarabiane są NIE poprzez bilety,
a otrzymywane z dotacji lokalnych władz, a także uzyskiwane poprzez
zlokalizowaną w muzeum restaurację, sklep z pamiątkami, oraz
odpłatne imprezy rozrywkowe jakie organizowane są w wydzielonych
pomieszczeniach muzeum (tj. restauracja, sklep, oraz owe imprezy
płacą muzeum za wynajęcie pomieszczenia i za prawo do otwarcia
w obrębie muzeum). Stąd muzea w Nowej Zelandii są
zawsze pełne, bowiem zarówno mieszkańcy miasta, jak i przybysze
wiedzą, że mogą tam się wybrać aby miło i tanio spędzić wolne
chwile. Każdy więc idzie do muzeum kiedy tylko ma chwilę wolnego
czasu. Z kolei sklepiki i restauracje w tych muzeach zawsze
mają doskonały business, generując więcej funduszy niż generowałyby
ich bilety wstępu. Z kolei miejscowe władze nigdy nie żałują tam pieniędzy
na dotacje dla swoich muzeów, bowiem wiedzą, że muzea te przyciągają
turystów do ich miejscowości. Wszakże jeśli w danej miejscowości
jest dobrze zaopatrzone i warte oglądnięcia muzeum, wówczas przejezdni
zatrzymają się w tym mieście na noc, dostarczając klientów miejscowym
hotelom, sklepom, restauracjom, oraz przedsiębiorstwom usług turystycznych.
Tam zaś gdzie brak jest muzeów, nikt z przejezdnych nawet się nie
zatrzymuje, bo i po co.
Milicz posiada zaczątki własnego muzeum.
Jest ono maleńkie, narazie posiada raczej niewiele eksponatów, otwarte jest
w ograniczonych godzinach, jednak stanowi już zaczątek tego, co miejmy nadzieję
w przyszłości przekształci się w tak potrzebne Miliczowi prawdziwe muzeum.
Aby uniknąć klopotów spowodowanych ograniczeniami biurokratycznymi nakładanymi
na prawdziwe muzeum, swoje miniaturowe muzeum Milicz nazywa Izbą Regionalną.
Moje brawa dla Milicza za tą ogromnie potrzebną inicjatywę.
W tym miejscu
powinienem przypomnieć, że w latach 1953-1958, Milicz ciągle
posiadał dosyć wspaniałe niby-muzeum, którego eksponaty
znacznie przewyższały sobą jakość tego, co póżniej oglądałem
w wielu muzeach z prawdziwego zdarzenia, oraz tego co dzisiaj
oferuje milicka Izba Regionalna. Nie jest mi jednak wiadomo,
czy coś z niego przetrwało do dzisiaj. To stare niby-muzeum
milickie nie posiadało własnego lokalu, a mieściło się w gablotach
którymi obstawione były ściany w każdym korytarzu ówczesnej
Szkoły Podtawowej Nr 1. (Sporo eksponatów, szczególnie stare
mapy, plansze, globusy, oraz przyrządy astronomiczne, trzymane
były też wówczas w przystrychowym pokoiku składowym owej szkoły,
który mieścił się na końcu schodów po zachodniej stronie szkoły.
Niestety, w 1957 roku pokoik ów zamieniono na klasę, w której
między innymi uczyłem się i ja. Nasze ławki otoczone wówczas
były bezcennymi, bo historycznymi globusami, mapami, planszami,
przyrządami astronomicznymi, które obecnie stanowiłyby perły
każdego muzeum. Szczególnie utkwiła mi w pamięci do dzisiaj
stara plansza przedstawiająca atak jakiegoś plemienia pigmejów,
na inne plemię którego "długi dom" znajdował się w konarach
ogromnego drzewa tropikalnego.) W owych gablotach Szkoły
Podstawowej Nr 1 mieściły się setki najróżniejszych muzealnych
eksponatów, które w czasach międzywojennych oraz w 19 wieku
zapewne używane były jako pomoce dla nauki, jednak które po
drugiej wojnie światowej posiadały już tylko wartość muzealną.
Najwięcej wśród nich było najróżniejszego starego sprzętu optycznego,
starych astronomicznych przyrządów obserwacyjnych, a także
najróżniejszych maszyn elektrycznych i mechanicznych. Doskonale
wyposażone też były gabloty mineralogiczne i przyrodnicze.
Przykładowo z okazów mineralogicznych pamiętam fragmenty
lawy wulkanicznej, której w Polsce się nie uświadczy i którą w
naturze widziałem dopiero w Nowej Zelandii. Doskonała też była
kolekcja mineralogiczna z naturalnymi kryształami o różnym
pochodzeniu genologicznym i odmiennych kolorach. Było też
sporo skamienielin - np. pamiętam że widziałem tam sporo
skamieniałych żyjątek wyglądających jak duże ślimaki z
kamienia (zapewne znajdowane one były lokalnie gdzieś
w okolicach Milicza). Z kolei w gablotach przyrodniczych
znajdowały się najróżniejsze ciekawe okazy skorupek i
owocników, szkieleciki, zakonserwowane i wypchane
stworzenia (np. węże) i fragmenty ich organów, fragmenty
rafy koralowej, dziwne muszle, kolekcje motyli i ciem, itp.
Doskonale
do dzisiaj pamiętam, że w czasach szkolnych oglądanie
owych eksponatów stanowiło dla mnie ulubioną rozrywkę
podczas przerw szkolnych przy deszczowej pogodzie. Nie
tylko ono uczyło i ilustrowało, ale też doskonale pobudzało
wyobraźnię i nakłaniało do marzeń. Przykładowo to właśnie
tam widziałem po raz pierwszy w życiu skorupkę z orzecha
kokosowego. (W czasach gdy ja chodziłem do szkoły
podstawowej, kokosa w Polsce to nikt nawet na lekarstwo
nie uświadczył. Opowiadania więc że gdzieś w dalekim
świecie istnieje orzech wyglądający jak laskowy, jednak
mający wielkość głowy ludzkiej, potrafiły naprawdę pobudzić
wyobraźnię.) Skorupka ta zainspirowała u mnie marzenia
o czasach kiedy będę podróżował po dalekich tropikalnych
wyspach, gdzie takie kokosy rosną, objadając się nimi do
woli. (Wyobrażałem sobie wówczas, że orzechy kokosowe
są jedynie większą wersją dobrze mi znanych orzechów
laskowych, oraz że utrzymują one doskonały smak rodzimej
leszczyny.) Marzenie to potem częściowo się wypełniło,
bowiem faktycznie często podróżuję po tropikalnych wyspach
gdzie rosną kokosy. Często też zapijam się wodą z młodych
orzechów kokosowych, którą bardzo lubię. Jednak nie
jem miąszu kokosowego, bo jakoś mi nie smakuje. (Wolę
objadać się naszymi orzeszkami laskowymi, lub owocem
malezyjskiego "Duriana", który to Durian jest oficjalnie
uważany za najsmaczniejszy owoc świata - po szczegóły
patrz strona internetowa o
owocach tropiku.)
Powszechne małżeństwa
z miłości to wynalazek końca 20-wieku. W dawnych czasach ludzie
nie pobierali się z miłości - w większości przypadków małżeństwa
były dla nich aranżowane. Ciągle zresztą pozostają one aranżowane
w wielu krajach dzisiejszego świata, przykładowo w Indiach, a także
w krajach otaczających Indie takich jak Pakistan, Bangla Desh, czy
Sri Lanka. W danych czasach szczególnie zakorzenione było
aranżowanie małżeństw wśród ludzi bogatych. Wszakże chodziło
o to, aby ich partnerzy w małżeństwie posiadali podobnie wysoki majątek.
Oczywiście, fakt że
owe aranżowane małżeństwa pozbawione były miłości, w połączeniu
z faktem że zamieszkiwały one w pałacach lub zamkach w których
mężczyzna był zwykle władcą absolutnym, prowadziły do
najróżniejszych psychoz, anomalii, wypaczeń i zwyrodnień.
To właśnie z niego bierze się przykładowo "studnia niewiernych żon"
z zamku Czocha na południu Polski, opisana na stronie 70 w artykule
[LOT-1] referowanym w punkcie #4 powyżej. W studni tej
właściciele zamku zwykli byli topić swoje żony, jeśli padło na nie
posądzenie, że są one niewierne. Ostatnią żonę utopiono tam w
1792 roku. To z tej właśnie tradycji wywodzi się król angielski,
Henryk VIII, którego najważniejszym wkładem do histori było
zamordowanie całego szeregu swoich żon. Echa owego barbarzyńskiego
traktowania żon zawarte są takze w klasycznej literaturze polskiej.
Przykładowo, każdy zapewne zna klasyczny wierszyk Adama
Mickiewicza "Golono, Strzyżono", który w żartobliwy sposób opisuje
jak małoznacząca sprzeczka małżeńska usiłująca ustalić czy
ich psa strzyżono czy golono, doprowadziła do tego,
że mąż w końcu utopił swoją żonę w stawie (a owa uparta żona
nawet wówczas "Wytknęła tylko dwa palce, I na odpowiedź palcami,
Jakby dwiema nożycami, Mężowi pod nosem strzyże."). To właśnie
stąd się bierze popularny obecnie w Polsce idiom "strzyżone - golone"
dla oznaczenia wszelkich bezsensownych sporów. Niektórzy ludzie
wierzą, że to także z owego poematu bierze się słynny międzynarodowy
znak "zwycięstwa za wszelką cenę" pokazywany poprzez podniesienie
do góry dwóch palców otwartych jak nożyczki imitowane przez ową
topioną (upartą) polską żonę. Tego typu postępowanie było "normalką"
w dawnych czasach. Oczywiście, niekochane żony owych czasów
odpłacały "pięknym za nadobne". Kiedy tylko wyczuwały, że ich
mężowie zaczynają przemyśliwać o jakiejś wymówce aby je zgładzić,
starały się uprzedzić tych mężów i zgładzały ich pierwsze. Najczęściej
używały w tym celu trucizny. Tajemnice umiejętnego trucia były w
owych czasach przekazywane z matki na córkę i cenione jako
najważniejsza wiedza życiowa. To właśnie stąd bierze się makabryczna
tradycja królowych trucicielek, z których najbardziej sławna prawdopodobnie
jest Włoszka, Lucrezia Borgia. Także polska królowa Bona Sforza (1494 - 1557),
żona Zygmunta Starego, znana była z kultywowania tych trucicielskich
tradycji. Oczywiście, jeśli owe żony odnosiły sukces w wytruciu swoich
mężów, wówczas to one stawały się absolutne władczynie swoich zamków.
Pałac milicki także
posiada szczególny trybut dla owych "niekochanych żon". Jest nim
pokazana na zdjęciu 10 obok rzeźba "milczącego wielbiciela", który
od dziesięcioleci wpatruje się w okna sypialni "pani" tego pałacu.
Ów spiżowy wielbiciel, który był "tylko" dziełem sztuki, stąd za
posiadanie którego małżonki nie były topione ani rzucane lwom
na pożarcie, był namiastką i substytutem prawdziwego wielbiciela,
prawa do posiadania którego owe nieszczęsne bogaczki były całkowicie
pozbawione.
Fot. 10: Rzeźba "milczącego wielbiciela" wpatrującego
się w okna sypialni "pani" pałacu margrabiów w Miliczu. Małżeństwa
dla tak wysoko urodzonych były wówczas aranżowane przez rodziców.
Pozbawione miłości bogate "panie" domu zadowalały się więc choćby
znieruchomiałymi posągami wpatrującymi się w okna ich sypialni.
* * *
Chociaż właściciele pałacu
w Miliczu starali się utrzymywać w tajemnicy swoje problemy rodzinne,
wcale to nie oznacza, że problemy te tam nie istniały. Wszakże problemy
te wynikały z epoki w której ci ludzie żyli oraz z warunków w jakich oni
mieszkali. (Przykładowo, wynikały one m.in. z faktu że ówcześni męscy
mieszkańcy pałaców mieli do wyboru wszystkie te urodziwe dziewki
służebne oraz młode chłopki z podległych im folwarków do których
czasami mieli nawet tzw. "prawo pierwszej nocy". Nie bardzo więc
ciągle im starczało energii i cierpliwości, aby zadbać o dobre
samopoczucie i szczęście swoich własnych sfrustrowanych żon.)
Podobnie więc jak w każdym innym pałacu z tamtej epoki,
również i za oknami tego pałacu (szczególnie zaś za oknem w które
wpatruje się ów "milczący wielbiciel") miało miejsce sporo niekochania,
samotności, nienawiści, cierpień, intryg, otruć, śmierci, pokuty, itp.
Podobnie też jak każdy inny stary pałac, również i ten pałac jest pełen
duchów niekochanych lub odtrąconych żon, otrutych mężów,
zamordowanych kochanków, itp.
* * *
Odnotuj ducha,
widocznego w oknie sypialni w które wpatruje się ów "milczący
wielbiciel". Powyższe zdjęcie utrwaliło w owym oknie jakąś białą
postać wyglądającą na zewnątrz z wyraźnym zainteresowaniem.
Postać tą dosyć dobrze widać, jeśli zdjęcie to się powiększy
poprzez kliknięcie na nim myszą. (Warto tutaj wspomnieć, że
w chwili fotografowania tego pałacu w wakacyjną niedzielę 4 lipca
2004 roku, nie było w nim nikogo. Ponadto, gdyby tlumaczyć tą
postać jako "odbicie", wówczas na przekór ujęcia na tym samym
zdjęciu również i kilku dalszych okien, w żadnym z nich nie jest
widoczne jakiekolwiek "odbicie".) Czyżby więc był to słynny duch
margrabiego, o którym się mówi że "nadzoruje on pałac" wraz z
cennościami ciągle ukrytymi w jego podziemiach. A może to
duch którejś z nieszczęśliwych "pań" tego pałacu, które podczas
życia sypiały właśnie poza oknami tej właśnie komnaty.
Fot. 11: Tzw. "Szwedzka Górka" pod Sułowem.
W jej pobliżu miała miejsce duża bitwa pomiędzy wojskami
szweckimi i polskimi. Obecnie niedaleko ówczesnego pola
bitwy, na poboczu przebiegającej w pobliżu szosy z Sułowa
do Milicza, postawiony jest krzyż i wymurowana tablica
pamiątkowa - patrz powyższe zdjęcie.
Okolice Milicza były miejscami
kilku znaczących bitew w historii Polski i tych ziem. Największe z tych bitew
miały miejsce w "Szwedzkiej Górce" pod Sułowem, a także w lasku "Konfederacji
Barskiej" pod Cieszkowem. Ciekawostką owych podmilickich pól bitewnych
jest, że faktycznie to nie były one jeszcze dokładnie przebadane przez
archeologów. Stąd zapewne do dzisiaj kryją one w sobie resztki starych
broni oraz pozostałości bitewnego hardware.
* * *
Istotna ciekawostka jaka rzuca
się w oczy w polach bitewnych okolic Milicza, to że z jakichś obecnie ciągle
jeszcze nie znanych nam dokładnie powodów, na ziemi istnieją obszary
które zdają się "przyciągać" do siebie "złe" zdarzenia. W okolicach Milicza
jeden z takich obszarów leży koło Sułowa. W niewielkiej odległości od
siebie miały tam bowiem miejsce aż dwie duże bitwy (tj. w/w bitwa ze
Szwedami, oraz nieco dawniej bitwa z Mongołami). Niedaleko też od
nich znajdował się Hitlerowski obóz koncentracyjny.
Istnienie owych "złych" miejsc
zaobserwować można nie tylko na przykładzie Sułowa. Kiedyś oglądałem angielski
program telewizyjny o Aleksandrze Wielkim. W programie tym historycy także
ilustrowali szokujące odkrycie, że niektóre obszary na Bliskim Wschodzie
były polami aż wielu bitew w różnych okresach czasu, podczas gdy niemal
identyczne do nich obszary leżące w ich pobliżu nigdy nie były polem bitewnym.
Podobnie w Nowej Zelandii istnieją miejsca na prostych jak strzała i
doskonale utrzymanych drogach, w których występują zgrupowania białych
krzyży. (Krzyże te oznaczają miejsca gdzie ktoś umarł w wypadku drogowym.)
Jeśli zaś istnieje gdzieś takie złe miejsce na prostej i dobrej drodze,
wówczas co jakiś czas zdarza się na nim śmiertelny wypadek. Ja osobiście
położenia takich "złych" miejsc wyjaśniam fluktuacjami pola grawitacyjnego,
co dokładniej opisałem w podrozdziale I4.4 z tomu 5 monografii [1/4].
Z kolei Chińska wiedza o "feng shui" po prostu twierdzi o nich, że
miejsca te mają "złe feng shui". Przykładowo takim "złym feng shui"
cechuje się też miejsce na którym zbudowany był warowny zamek milicki
opisany w punkcie #8 powyżej. Zamek ten bowiem bez przerwy albo się
palił albo był burzony.
Oczywiście, jak każde
miejsce byłego państwa hitlerowskiego, także okolice Milicza posiadały
swoje obozy dla więźniów i filie obozów koncentracyjnych. Najbardziej
znany z tych obozów zlokalizowany był w lasach przy Sułowie. Nawet
do dzisiaj można tam znaleźć pozostałości obozowych budynków.
Niestety, nie jest mi wiadomo ilu dokładnie więźniów hitlerowcy
uśmiercili w owym obozie, jakich byli oni narodowości,
ani gdzie chowane były zwłoki tych co padli podczas
pracy, a stąd których hitlerowcom nie chciało się
już dowozić do obozowego krematorium.
Fot. 12: Kluczowe składniki każdego obozu
koncentracyjnego, tj.: bocznica kolejowa którą dowożono
więźniów, komora gazowa, oraz kilkumetrowa ścieżka jaka
wiodła od komory gazowej do krematorium. Stały one na
końcu drogi życiowej dla milionów więźniów hitlerowkich
obozów koncentracyjnych. Powyższa komora gazowa
sfotografowana została w czerwcu 2004 roku w obozie
koncentracyjnym "Stutthof" położonym w północnej Polsce.
Na przekór jej rozmiarów mniejszych od łazienek w
niektórych dzisiejszych domach, pracowała ona niemal
bez przerwy, uśmiercając setki tysięcy więźniów tego
obozu masowej zagłady. Ruiny podobnej komory gazowej,
jak również podobnego obozu koncentracyjnego,
do dzisiaj przetrwały w lasach koło Sułowa (ok. 8 km
na zachód od Milicza). Ogarniając ocean tragedii ludzkiej
jaką obozy te zaserwowały naszej cywilizacji chce się
krzyczeć: nigdy więcej! Niestety, pamięć ludzka
jest taka krótka.
Fot. 13: Cmentarz żołnierzy Commonweathu w
Malborku
(po niemiecku zwanym "Marienburg"), w północnej
Polsce. Wymowną, aczkolwiek niewielką część więźniów
hitlerowskich obozów koncentracyjnych stanowili żołnierze
walczący z hitlerowcami, np. lotnicy zestrzeleni nad Niemcami.
Koło Malborka, ci z owych lotników więzionych w słynnym
stalag XXB (tj. podobnym do uwiecznionego w słynnym
filmie "Wielka Ucieczka" - "The Great Escape"), których udało
się zidentyfikowac, mają specjalny cmentarz. Natomiast
miejsca wiecznego spoczynku więźniów obozów z okolic
Milicza nie są obecnie nawet znane.
Z kilku różnych
powodów, ciał niektórych więźniów hitlerowskich obozów
koncentracyjnych nie spalono w krematoriach, a je pochowano.
W ten sposób na terenie Polski istnieje do dzisiaj sporo
cmentarzy żołnierzy Commonwealthu. Mieszkając obecnie
w Nowej Zelandii było dla mnie szokiem stwierdzić, że na
cmentarzach tych leży pochowanych sporo Nowozelandczyków.
Zwykle zginęli oni podczas pilotowania samolotów które
bombardowały tereny zarządzane przez hitlerowców.
* * *
Czy i gdzie w Miliczu
lub jego okolicach znajdują się groby lotników Commonwealthu,
tego mi nie wiadomo. Wiem jedynie że gdzieś w Miliczu pochowanych
jest kilku Rosjan, którzy upieczeni zostali żywcem w pierwszym
czołgu radzieckim jaki wjechał na milicki rynek w końcowych
dniach drugiej wojny światowej. Kiedyś nawet ktoś mi pokazywał
ich grób, jednak do dzisiaj zapomniałem w jakim on leżał miejscu.
Pamiętam jedynie że miejsce to nieco mnie wówczas zdziwiło - nie
pasowało mi ono jakoś na miejsce wiecznego spoczynku żołnierzy
radzieckich.
Jak podaje to niemiecki folklor ludowy,
Hitler miał jakoby być pupilkiem UFOnautów. Jasnowłosy UFOnauci z tzw.
"Rasy Nordyckiej" ukazywali się mu regularnie, dzieląc się z nim pomysłami
w rodzaju jak ma organizować obozy masowej zagłady, co ma uczynić z żydami,
czy że rasa jasnowłosych blondynów jest rasą nadrzędną. Jednocześnie swoimi
skrytymi metodami działania starali się mu dopomagać jak tylko mogli. Podobno
jednym z ich posunięć było sprowadzanie na Niemcy doskonałej pogody w każdym
dniu który Hitler oglosił świętem. To właśnie z owego udoskonalania przez
UFOnautów pogody dla Hitlera miało podobno się wziąść powiedzenie "pogoda
Hitlera" dla opisania niezwykle pięknych dni które zawsze panowały w Niemczech
w dniach hitlerowskich świąt. Podobno Hitler bał się tych UFOnautów jak diabli,
jednak ze strachu przed ich mocami dokładnie wykonywał każde ich polecenie.
Jednocześnie nakazywał swoim służbom specjalnym aby poszukiwali podziemnego
Królestwa Agharti, które - jak kłamliwie UFOnauci go poinformowali,
zamieszkiwane jest przez UFOnautów. Osobiście Hitler też nadzorował rozwój
latających dysków, czyli dyskoidalnych urządzeń latających które imitowały
wehikuły UFOnautów.
Ze stwierdzeń owego folkloru zdaje
się wynikać, że faktycznie wszelkie okropności które hitlerowcy popełniali
na innych narodach, swój prapoczątek mogą brać w szatańskich radach
i podszeptach UFOnautów. Nie powinno nas więc dziwić, że ojcując postępowaniu
Hitlerowców, UFOnauci do dzisiaj ogromnie się interesują dalszymi losami
wszystkiego co Hitlerowcy stworzyli. To by tłumaczyło dlaczego wehikuły UFO
często można obserwować jak lądują na terenach byłych obozów zagłady. To
też by wyjaśniało dlaczego na indywidualnych UFOnautów można się natknąć
we wszelkich hitlerowskich pozostałościach. Więcej informacji na temat
powodów dla których UFOnauci tak są zainteresowani w niszczeniu ludzkości
zawartych zostało na stronie internetowej
UFOnauts.20m.com.
Fot. 14: Jedno z licznych lądowisk UFO jakie
pokrywają obszar obozu koncentracyjnego "Stutthof". Widząc
je, warto zadać sobie pytania co UFOnautów tak tam interesuje.
Otóż, zgodnie z niemieckim folklorem, UFOnauci byli osobistymi
doradcami Hitlera. Z tego powodu UFOnauci do dzisiaj ogromnie
się interesują wszystkim co Hitlerowcy czynili, włączając w to
hitlerowskie obozy koncentracyjne. Powyższe zdjęcie pokazuje
jedno z wielu kolistych lądowisk UFO, które w dniu 29 lipca 2004
roku odkryłem i sfotografowałem na trawie hitlerowskiego obozu
koncentracyjnego Stutthof z północnej Polski. Inne zdjęcie lądowiska
UFO z owego obozu pokazane jest poniżej na fotografii 16.
Najwyraźniej UFOnauci badali długoterminowe konsekwencje
tego obozu. Na powyższym zdjęciu na pierwszym planie wyraznie
widoczny jest fragment okręgu trawy o zmienionym kolorze. Owa
trawa wyznacza obszar wypalony przez pole magnetyczne wehikułu
UFO który zawisał w powietrzu właśnie nad tym miejscem. Ponieważ
wehikuły UFO wiszą w powietrzu zwykle tak ustawione, że ich podloga
jest prostopadła do lokalnego przebiegu linii sił ziemskiego pola
magnetycznego, podłoga tego wehikułu jest nachylona w stosunku
do płaskiej ziemi. Dlatego owa trawa odkolorowana przez pole UFO
ma kształt półkola, a nie pełnego okręgu. Powyżej okręgu owej
odkolorowanej przez pole UFO trawy, na powyższym zdjęciu
widoczne są fundamenty baraku dla więźniów w ostatnim stadium
wyniszczenia. Samego baraku już nie ma, bowiem jego deski
zbutwiały przez wszystkie owe lata które minęły od czasów
drugiej wojny światowej. Z kolei za fundamentami baraku widoczny
jest szereg cementowych słupków ogrodzenia obozu (w czasach
wojny pod napięciem), oraz najniższy fragment wieży wartowniczej
obozu ustawionej już poza owym ogrodzeniem.
* * *
Formowanie takich lądowisk
UFO jest dosyć złożonym procesem. Wynika on z używania silnego
pola magnetycznego dla napędu UFO. Skrótowy opis jak działa
magnetyczny napęd UFO zaprezentowany jest na stronie o
magnokrafcie,
a także w podrozdziale A2 z tomu 1 monografii [1/4]. Z kolei opisy
jak pole magnetyczne UFO formuje lądowiska typu pokazanego na
powyższej fotografii, zaprezentowane są w podrozdziale O5.1 z tomu
12 monografii [1/4]. W końcu cały szereg innych przykładów podobnych
lądowisk UFO pokazany jest na rysunkach O1 do O3 z 2-giej porcji ilustracji do
monografii [1/4],
jaką można oglądnąć na stronach internetowych wylistowanych w Menu 2, np. na stronie:
totalizm.org.pl
* * *
Szokująca jest liczba
lądowisk UFO widocznych na trawie byłych obozow koncentracyjnych.
Najwyraźniej szatańscy UFOnauci lubują się w podziwianiu efektów
swojego diabelskiego działania na Ziemi, oraz w sprawdzaniu na ile
ludzie już zdołali się do nich upodobnić. Więcej danych o diabelskiej
naturze i filozofii UFOnautów zaprezentowanych zostało na stronie
ufonauci.w.interia.pl,
a także w podrozdziale O8.1 monografii [1/4].
Fot. 15: Tak oto w Nowej Zeladii opisywano
grasującego tam gryfa. Był on opisywany jako czarna
pantera - po szczegóły patrz strona internetowa
a.1asphost.com/Tapanui, lub
totalizm.org.pl/newzealand.
Jako rodzaj "kreatury podobnej do dużego czarnego kota"
opisywany był również gryf widywany w angielskiej miejscowości
Bodmin Moor
w latach 1994 do 1996, oraz szeroko potem rozpropagowany
po świecie w słynej reklamie telewizyjnej dla kart kredytowych "Visa".
Faktycznie jednak ja go pamiętam jako wyglądającego jak
mały czarny lew. Taki właśnie potwór - maskotka UFOnautów
zaatakowała mnie na drodze z Guzowic do Nowego Dworu
(tj. na zachód od Cieszkowa, ok. 10 km na północ od Milicza).
Opis owego ataku gryfa zawarty jest w podrozdziale R4.2
z tomu 14 monografii [1/4] udostępnianej nieodpłatnie za
pośrednictwem stron internetowych wyszczególnionych w
Menu 2.
Ponieważ
gryfy widywano w towarzystwie UFOnautów, w dawnych
czasach czczono je niemal religijnie. Dlatego gryfy występują
na wielu herbach gdzie są symbolami władzy. Przykładowo
herb Gdańska zawiera wizerunki dwóch gryfów, których
niestety obecnie ludzie biorą za lwy. W dawnej symbolice
heralgicznej (herbowej) gryfy zawsze przedstawiane były
jako małe lwy stojące na tylnich łapach (często też z
rozdwojonym językiem wystającym z ich jakby ptasiego
pyska). Natomiast lwy przestawiane były jako stojące na
wszystkich czterech łapach.
Kiedy byłem
w ostatniej klasie Liceum Ogólnokształcącego, podczas
jednej z wypraw w okolice Guzowic przy Cieszkowie,
zaatakował mnie gryf. Tamten atak gryfa, jak również
wygląd tego potwora, opisałem dokładnie w podrozdziale
R4.2 z tomu 14 monografii [1/4], której nieodpłatne egzemplarze
dostępne są za pośrednictwem ston internetowych wylistowanych
w Menu 2. Zanim w środku nocy zmuszony byłem
przejechać przez miejsce w którym ów gryf grasował,
byłem wcześniej uprzedzany przez miejscowych, że
potwór ten może tam na mnie czekać. To zaś oznacza,
że ja wcale nie byłem jedynym człowiekiem który
owego gryfa widział. Widzieć go w tamtej okolicy
musiały też i inne osoby, aby ich opowiadania mogły
stać się początkiem lokalnego folkloru na jego temat.
Niezależnie
od powyższej mojej osobistej obserwacji milickiego gryfa,
w czasach młodości słyszałem też kilka opowiadań
o podobnym, a być może nawet tym samym, uskrzydlonym
potworze spotykanym w okolicach tzw. "drugiej tamy" na
Baryczy. Owa druga tama położona była na wschód od
Nowego Zamku. Gryf widywany był przez sporą liczbę
ludzi na bezludnych łąkach jakie kiedyś znajdowały się
w pobliżu owej tamy (w dół rzeki) na prawym brzegu
Baryczy.
Ciekawostką
gryfów jest, że aczkolwiek uważane one są za legendarne
potwory które podobno nie istnieją, faktycznie od czasu do
czasu są one widywane w najróżniejszych częściach świata.
Przykładowo na fotce 15 pokazana jest rekonstrukcja wyglądu
gryfa, który w 2003 roku zaobserwowany był w Nowej Zelandii.
Dokładny opis owego nowozelandzkiego gryfa zawarty jest na
stronach internetowych o Nowej Zelandii wyszczególnionych
w Menu 2, np. na stronie:
newzealand.0me.com.
W dzisiejszych czasach gryfy naczęściej widywane są w Puerto
Rico, gdzie nazywają je chupacabras.
Faktycznie
gryfy to krwiopijne maskotki UFOnautów, przywożone na
Ziemię w statkach UFOnautów i wypuszczane od czasu do
czasu w bezludnych obszarach aby sobie zapolowały.
W sensie swego pochodzenia są one zapewne produktami
"inżynierii genetycznej". Ich anatomia wygląda bowiem jakby
zostały one "poskładane" z genów kilku innych zwierząt,
w tym z genów orła, oraz lwa lub pantery. Mają one bowiem
wygląd małego lwa, jednak posiadają skrzydła i skaczą na
tylnich nogach jak orzeł - tj. oboma nogami równocześnie.
Gryf którego ja napotkałem w okolicach Guzowic pod
Cieszkowem, wyglądał właśnie jak taki mały lew ze skrzydłami.
Był on koloru czarnego, zaś jego ciało posiadało wielkość
i budowę psa rasy "rottweiler" (owa rasa psów w owym
czasie wcale nie była znana w Polsce). Potwór ten zaatakował
mnie, pozostawiając mi na prawej ręce trzy spore rany,
po których blizny istnieją do dzisiaj.
W okolicach
Milicza dokonywane były, oraz ciągle są, liczne obserwacje
UFO. Obserwacje te najczęściej następowały w okolicach
miejsc gdzie znajdowały się tzw. "diabelskie kamienie",
np. w okolicach Zemanowa, lub w okolicach kościółka Św.
Anny pod Karłowem.
Ciekawostką
owych obserwacji UFO jest, że zwykle ich fale pojawiają się
w czasach które poprzedzają nadejście do Milicza określonej
tragedii, np. huraganu, czy powodzi. Wygląda to tak, jakby to
właśnie UFOnauci sprowadzali na ludzi ową tragedię swoją
działalnością. Owa reguła obowiązywała zresztą również w
historii. Przykładowo w średniowieczu tuż przed pojawieniem
się zarazy, widywano UFOnautów - często jak ci coś rozsiewali
nocami ponad zabudowaniami ludzkimi (dzisiaj byśmy powiedzieli,
że UFOnauci rozsiewali zarazki danej choroby zakaźnej).
Jak to zresztą wyjaśnione jest na stronie internetowej
ludobójcy
wszystko wskazuje na to, że to UFOnauci przygotowali ludzkości
obecną zarazę tzw. "ptasiej grypy", a także zarazę "hiszpańskiej
grypy" od której w 1918 roku umarło co najmniej 40 tysięcy ludzi
(tj. więcej niż cała ludność Polski, a także więcej niż zginęło w
pierwszej wojnie światowej). UFOnauci pasjonują się także ludzką
krzywdą. Uwielbiają więc przykładowo parkować swoje wehikuły
UFO na obszarach byłych obozów koncentracyjnych - co przy
tym czynią w owych byłych obozach, tego nie jest nam wiadomo.
W monografii [1/4] pokazany jest też dowód, że UFOnauci
nadzorowali ukrzyżowanie Jezusa (patrz rysunek O7 w
monografii [1/4].
Ponad krzyżem Jezusa zawisały bowiem aż dwa wehikuły UFO,
jakich wizerunki do dzisiaj symbolicznie przypinane są do krzyży
kościoła ortodoksyjnego. Ponownie wygląda więc na to, że to
właśnie UFOnauci swoimi intrygami i hipnotycznymi nakazami
napuścili starożytnych Izraelitów aby ci ukrzyżowali Jezusa,
a potem UFOnauci nadzorowali z pokładu swoich statków czy
ukrzyżowanie to faktycznie zostało zrealizowane. (Odnotuj, że
ów rysunek O7 z monografii [1/4] pokazany jest również na stronach
internetowych
prawa moralne oraz
prawda.)
Fot. 16: Bardzo wyrażne koliste lądowisko
UFO widoczne na trawie przed barakami dla nowoprzybyłych
więźniów w obozie koncentracyjnym Stutthof z północnej
Polski. Porównaj powyższe lądowisko UFO, z innym lądowiskiem
UFO także pochodzącym z obozu koncentracyjnego Stutthof,
a pokazanym na fotografii 14 powyżej. Lądowisko takie
powstaje, kiedy wirujące pole magnetyczne produkowane
w celach napędowych przez pędniki umieszczone naokoło
obrzeża dyskoidalnego UFO, wypala trawę powodując
zmiany jej koloru. Powodem dla którego widoczny jest
tylko fragment okręgu odkolorowanej trawy, a nie pełny
okrąg, jest że UFO z reguły latają z ich podlogą prostopadłą
do linii sił lokalnego pola magnetycznego Ziemi. Stąd
dyskoidalne UFO zwykle leci nachylone względem
płaskiej ziemi, zaś pole magnetyczne tylko z części
jego pędników umieszczonych na obrzeżu wehikułu
dosięga ziemi i powoduje widoczne na zdjęciu wypalenie.
* * *
Odnotuj, że
podobne lądowiska UFO często można spotkać na łąkach
i trawnikach w okolicach Milicza. Milicz jest bowiem miejscem
podwyższonej aktywności wehikułów UFO.
Fot. 17: W centrum najniższej części tego
zdjęcia ujęta została (niestety, niezbyt dobrze tu widoczna)
tzw. "konfesja" z katedry w Gnieźnie. Sfotografowana w lipcu
2004 roku. W bardzo ważnych kościołach chrześcijańskich
taka "konfesja" imituje pędnik centralny UFO. W Polsce
posiada ją katedra w Gnieźnie (pokazana na powyższym
zdjęciu), oraz katedra w Krakowie. Jest ona także obecna
w Bazylice Św. Piotra w Rzymie. W najbardziej centralnej
części co ważniejszych budowli kościelnych, najczęściej
pod ich kopułą centralną, znaleźć można owe tajemnicze
struktury. Na struktury te zwykle składają się prostokątne
obiekty z białego marmuru, otoczone czterema poskręcanymi
kolumnami które podpierają iskrzący się złotem baldachim.
W nomenklaturze kościelnej owe struktury nazywane są
konfesja. Z dzisiejszych badań UFO wiemy jednak,
że całe te struktury faktycznie imitują budowę i wygląd
pędnika głównego UFO. Z kolei ów prostokątny obiekt
wykonywany z białego marmuru i umieszczany w centrum
tych struktur, imituje urządzenie zwane
"komora oscylacyjna",
które stanowi źródło potężnego pola magnetycznego w
każdym pędniku UFO. W pobliżu owych "konfesji" w kościołach
ziemskich zwykle umieszczane są ciała świętych. To zaś
imituje "składownie" albo "przechowalnie" zwłok ludzkich,
które zawsze znajdują się w cylindrach centralnych UFO
dużego typu, tuż obok komory oscylacyjnej ich pędnika
głównego (po szczegóły patrz podrozdzial P6.1 w monografii [1/4]).
Powodem takiego składowania ciał ludzkich w UFO jest,
że pole magnetyczne z pędnika głównego UFO zapobiega
psuciu się tych zwłok.
Jak to wykazują
badania UFO, elementy składowe niemal każdego starego
kościoła na Ziemi zamodelowane są na kształt wnętrza UFO.
Szczególnie dobrze jest to widoczne w starych kościołach,
takich jak np. kościoły istniejące w Miliczu. Jedynie nowoczesne
kościoły budowane w dzisiejszych czasach, stopniowo
odchodzą od tej zasady imitowania wnętrza UFO. Każdy
też szczegół konstrukcji i wyposażenia starych kościołów,
modelowany jest na wzór wyglądu i wyposażenia wehikułów
UFO. Oto wykaz najważniejszych składowych każdego starego
kościoła, jakich wygląd imituje odpowiednie składowe UFO:
1. Ołtarze. Te
imitują urządzenia sterownicze używane do kierowania lotem UFO.
2. Konfesje
(patrz "Fot. 17"). Te imitują pędnik główny UFO.
3. Kolumnady.
Te imitują słupy pola magnetycznego wydzielanego przez pędniki UFO.
4. Chrzcielnice.
Te imitują komory oscylacyjne UFO.
Najwyższe
jednak podobieństwo do UFO wykazuje ogólny kształt
starych kościołów, oraz zagospodarowanie i wygląd ich
wnętrza. I tak większość starych kościołów ma przynajmniej
jedną kopułę, jaka imituje kopułę centralną w konstrukcji UFO.
Wokół obrzeży tych starych kościołów zawsze obiega
też jakaś kolumnada, jaka imituje pierścień kolumn z
pędnikami bocznymi które rzucają się w oczy każdemu
przebywającemu we wnętrzu UFO. Nawet zarysy owych
kulumn zawsze imitują słupy pola magnetycznego
przenikającego przez pędniki boczne UFO. Każdy stary
kosciół miał też wieżę z bulwiastymi wierzchołkami (np.
patrz "Fot. 29"). Te imitują cygara UFO mniejszego
typu doczepione do pędników UFO większego typu.
Więcej informacji na temat podobieństwa starych
kościołów do UFO, znaleźć można w podrozdziale
P6.1 z tomu 13 monografii [1/4].
W
podobny sposób jak czynią to świątynie chrześcijańskie,
UFO jest również imitowane przez meczety muzułmańskie.
Szczególnie to widać w Istambule, gdzie każdy z tamtejszych
meczetów przypomina latający system sprzęgnięty z szeregu
wehikułów UFO.
Zależnie od tzw. "generacji UFO",
jaka z kolei zależy od poziomu zaawansowania technicznego cywilizacji która
zbudowała dany wehikuł UFO, ich tzw. komory oscylacyjne przyjmują
tylko jeden z trzech możliwych kształtów. (Odnotuj, że zgodnie z opisami
z rozdziału C w tomie 2 monografii [1/4], owe "komory oscylacyjne" UFO,
to po prostu najważniejsze urządzenia napędowe owych wehikułów latających.
Dla UFO owe komory oscylacyjne są tym samym co "silniki" są dla dzisiejszych
samochodów.) Wszystkie trzy możliwe kształty komór oscylacyjnych UFO
zilustrowane są na rysunku C3 z
monografii [1/4].
Kształty te to rodzaj słupa równoległościennego o przekroju albo: (1) kwadratowym,
(2) ośmiobocznym, lub (3) szesnastobocznym. W UFO słup ten zawsze też stoi
ze swoją osią centralną umieszczoną pionowo. Stąd owe trzy kształty zawsze
występują w jego przekroju poziomym.
Co najbardziej szokuje w wyposażeniu
wnętrz starych kościołów (w tym kościołów z Milicza), to że wszystko co w nich
zawarte również posiada kształty
które dokładnie odzwierciedlają owe trzy możliwe kształty komór oscylacyjnych UFO.
Stąd w starych kościołach najczęściej wszystko jest równoległościanem o przekroju
ośmiobocznym - jako przykład patrz obiekt pokazany na zdjęciu "Fot. 18" obok.
We wszystkim też ze starych kościołów, ów przekrój zarysowuje się w przekroju
poziomym - czyli w dokładnie tym samym przekroju, co w komorach oscylacyjnych
UFO. Jeśli zaś coś nie jest ośmioboczne, wówczas w poziomie ma to albo przekrój
kwadratowy, albo też szesnastoboczny (lub okrągły - który jest przybliżeniem
szesnastoboku). Natomiast niemal niemożliwe jest znalezienie w starych kościołach
czegokolwiek, co miałoby przekrój np. trójkątny, czy sześcioboczny, na przekór
że właśnie te przekroje są nieporównanie bardziej
łatwe do wykonania narzędziami dawnych mistrzów, niż przekroje ośmioboczne czy
kwadratowe. Ów najbardziej szokujący atrybut starych kościołów jest, że w ich
wnętrzach niemal wszystko imituje generalne kształty komór oscylacyjnych UFO.
Fot. 18: Gigantyczne, tajemnicze, ośmioboczne
urządzenie z kościoła mariackiego w Gdańsku. (Urządzenie
to opisane jest także na kilku innych stronach internetowych, np. na
chi.coms.ph/artefact.htm, lub
chi.maroc.to/artefact.htm.
Sfotografowane w lipcu 2004 roku. Jest ono tak ogromne, że osiem
rzeźb kobiet stojących naokoło jego ośmiobocznej podstawy
posiada wymiary dorosłych ludzi (po kliknięciu na to zdjęcie
czytelnik może porównać wymiary owych ośmiu rzeźb do
wysokości dwóch turystów widocznych na powyższej fotografii
poza rzeźbami). Faktyczne przeznaczenie owego urządzenia
pozostaje prawdziwą tajemnicą. Wszakże jest ono zbyt ogromne
aby wypełniać jakąś praktyczną funkcję, poza pozostaniem
pojemnikiem na święte substancje. Jednak jest ono szokujaco
podobne do tzw. "sejsmografu Zhang Henga" (po angielsku
"Zhang Heng seismograph") - co czytelnik może sobie
uświadomić po porównaniu powyższego zdjęcia "Fot. 18" z
licznymi zdjęciami "sejsmografu Zhang Henga" pokazanymi
na stronie internetowej
chi.coms.ph, lub
chi.maroc.to.
(Odnotuj że ów niezwykły sejsmograf umożliwiał wykrywanie
trzęsień ziemi na długo zanim miały one miejsce, zaś jego
tajemnicze działanie do dzisiaj nie zostało odtworzone w
pracującym urządzeniu). Dla przykładu, powyższe tajemnicze
urządzenie ukazuje nie tylko ośmioboczny kształt swego
głównego korpusu, ale także i ośmioboczną podstawę -
podobnie jak ów sejsmograf Zhang Henga opisywany na
powyższych stronach internetowych. Ponadto, jego wygląd
ogólny oraz kształt jest dziwnie podobne do kształtu oraz
do wyglądu owego sejsmografu Zhang Henga. Jednak
zamiast mylnie doszukiwać się źródla owych podobieństw
w między-kulturowych oraz między-religijnych wpływach,
bardziej racjonalne jest uświadomienie sobie, że oba te
urządzenia mimikują sobą kształt pędników głównych z
wehikułów UFO. Dzieje się tak ponieważ w cetrum takich
pędników UFO drugiej generacji, zawarta jest ośmioboczna
komora oscylacyjna, ogromnie podobna do kształtów
zaprezentowanych na powyższym zdjęciu. Nasze kościoły,
w tym milickie, pełne są dziwnych obiektów, jakich wygląd
imituje właśnie wygląd urządzeń zaobserwowanych na
pokładach UFO przez ludzi uprowadzanych do owych
wehikułów. Po opisy budowy i działania komór oscylacyjnych
UFO, patrz strona na temat tych
komór,
a także patrz tomy 2 i 12 monografii [1/4] (w tym również
rysunek C08 (2s) z monografii [1/4]). Powyższe uświadamia,
że ogromna liczba najróżniejszych ośmiobocznych obiektów
pojawiających się w ludzkiej kulturze, faktycznie to wynika
z imitacji przez dawnych mistrzów kształtów ośmiobocznych
komór oscylacyjnych z UFO.
Ciekawe
czy ktoś się kiedykolwiek zastanawiał, dlaczego w wyposażeniu
chrześcijańskich kościołów, muzułmańskich meczetów,
oraz świątyń innych religii, niemal wszystko imituje kształt
i działanie ośmiobocznych pędników UFO, lub ośmiobocznych
wylotów z pędników UFO, na przekór że faktycznie wszystkie
obiekty z kościoła możnaby zbudować w niezliczonej liczbie
innych kształtów. Odpowiedź na to brzmi, że ludzie uprowadzani
są do UFO od samego początku zasiedlenia Ziemi, zaś
po powrocie na Ziemię mimikują oni w swoich twórczych
produktach fascynujące ich urządzenia jakie widzieli podczas
owych uprowadzeń do UFO. (Czytelnik może znaleźć więcej
na temat UFO na stronach internetowych wyszczególnionych
w "Menu 4", np. na stronie
ufonauci.w.interia.pl).
Fot. 19: Ośmioboczne kolumny podpierające
sufit katedry we Fromborku (tej gdzie pracował Mikołaj
Kopernik). Podobne kolumny są też obecne w innych
starych kościołach zbudowanych przed 15 wiekiem.
Ich ciekawostką jest, że swoim wyglądem imitują one
ośmioboczne kolumny pola magnetycznego odprowadzanego
do otoczenia z pędników UFO drugiej generacji, czyli
UFO używających ośmioboczne komory oscylacyjne
do swego napędu. Warto tutaj odnotować, że w okolicach
np. Malborka, kolumny w niemal wszystkich starych
kościołach mają właśnie przekrój ośmioboczny.
Szokującym
w kształcie kolumn starych kościołów jest, że kulumny te w
przekroju poziomym posiadają jedynie 4 kształty, wszystkie
cztery zaś są imitacjami kształtów kolumn pola magnetycznego
odprowadzanego z pędników UFO. I tak kolumny te mogą
mieć jedynie przekrój kwadratowy, ośmioboczny, szesnastoboczny,
lub okrągły (odnotuj że przekrój okrągły jest po prostu
przybliżeniem przekroju szesnastobocznego). Jak
dotychczas w żadnym kościele na świecie nie spotkałem
kolumn o kształcie przekroju poziomego np. trójkatnym
czy sześciobocznym, na przekór że takie kolumny byłoby
najłatwiej zbudować dawnym mistrzom. (Z punktu
widzenia konstukcji, jest przecież nieporównanie trudniej
wymierzyć i zbudować kolumnę o przekroju ośmiobocznym,
niż np. kolumnę o przekroju sześciobocznym. Wszakże
aby wymierzyć idealny sześciobok, wystarczy na okręgu
odłożyć sześć promieni koła. Natomiast wymierzenie
idealnego ośmioboku wymaga złożonych zabiegów
pomiarowych i zaawansowanej wiedzy geometrycznej.
Musiał więc istnieć bardzo istotny powód dla którego
dawni mistrzowie budowali w kościołach kolumny
ośmioboczne zamiast sześciobocznych. Powodem tym
niemal z całą pewnością były wnętrza wehikułów UFO,
w których uprowadzani do nich ludzie nie mogli zobaczyć
kolumn sześciobocznych, jednak widywali mnóstwo
kolumn ośmiobocznych.)
Ze wszystkich trzech istniejących
kształtów komór oscylacyjnych UFO, ludzie najczęściej uprowadzani są
na pokłady UFO o napędzie telekinetycznym lub na
wehikuły czasu.
Wszakże tylko te dwie najbardziej zaawansowane generacje UFO
mogą stawać się niewidzialne dla wzroku ludzi, a stąd mogą operować
na Ziemi zupełnie niedostrzegalne przez ludzi. Z kolei komory
oscylacyjne tych dwóch generacji UFO posiadają przekrój ośmioboczny
lub porzekrój szesnastoboczny. Nic więc dziwnego, że większość
starych kościołów posiada kolumnadę, jaka właśnie imituje ośmioboczne
lub szesnastoboczne słupy pola magnetycznego, które odprowadzane
jest z takich komór oscylacyjnych. Praktycznie też według moich
obserwacji, niemal każdy kościół zbudowany przed 15 wiekiem
posiada kolumny o przekroju ośmiobocznym. Jako przykład
patrz kolumny z kościoła pokazanego na fotografii 19.
Niewielki kościółek Św. Anny
pod Miliczem słynął kiedyś z wielu cudów. Przykładowo folklor ludowy
stwierdzał, że powtarzalnie ukazują się przy nim święte istoty.
Ponadto obiekty zlokalizowane przy tym kościółku, szczególnie
stary, święty dąb (jaki obecnie już nie istnieje) a także tamtejszy
"anielski kamien" (jaki także zaginął gdzieś w okresie czasu
pomiędzy 1981 a 2004 rokiem), słynne były w okolicy ze swoich
mocy uzdrowicielskich, oraz ze zdolności przywracania płodności.
Jeśli jednak cuda te się dokładniej przeanalizuje, okazuje
się że przynajmniej jakaś ich część może być racjonalnie
wytłumaczona. Duża bowiem proporcja tych cudów to obserwacje UFOnautów
którzy w regularnych odstępach czasu odwiedzali "anielski kamień"
(po niemiecku "Teufelstein") zlokalizowany tuż przy owym kościółku.
Z kolei cudowne uzdrowienia które później miały tam miejsce dają
się wytłumaczyć działaniem energii moralnej jaka zgromadzona
została zarówno przez ów prastary dąb jak i przez ów "anielski
kamień" do których modlili się wierni.
(Działanie tej energii moralnej wytłumaczone jest dokładniej na stronie
internetowej o mieście
Malbork
dostępnej za pośrednictwem "Menu 1".) Natomiast przywracanie płodności
może posiadać związek albo z witalnością i mikroelementami zawartymi
w powietrzu Milicza, albo tez z systematycznym natelekinetyzowywaniem
przez UFO okolicy "anielskiego kamienia". (Wpływ natelekinetyzowania
otoczenia na płodność wyjaśniony jest w podrozdziale NB4 z tomu 11 monografii
[1/4]. Przykładowo w Malezji istnieje naturalnie natelekinetyzowane
miejsce nazywane "Lake of the Pregnant Maiden" - t.j. "Jezioro Ciężarnej
Piękności" , jakie słynie z przywracania płodności - jest ono właśnie
w tym celu odwiedzane przez tłumy turystów.)
Fot. 20: Kościółek Św. Anny w Karłowie pod Miliczem.
W pokazanej powyżej formie został on zbudowany w latach 1807 do 1808 zastępując
ostatnią z szeregu małych drewnianych kapliczek które cyklicznie wznoszone były
w jego miejscu już od czasow średniowiecza. Przy owych kaplicach od najdawniejszych
czasów w ostatnią niedzielę lipca odbywały się doroczne odpusty ku intencji
cudownego objawienia się Św. Anny z Matką Boską i małym Dzieciątkim Jezusem,
widzianych jak siedzieli na gałęziach starego dębu który rósł w owym miejscu.
Powyższa fotografia wykonana została w lipcu 2004 roku. To właśnie w okolicy
tego kościoła w przeszłości miały miejsce liczne cuda, cudowne uzdrowienia,
oraz przywrócenia płodności. Pokazane są drzwi wejściowe do kościółka.
Za kościółkiem rósł kiedyś bardzo stary dąb, na którego konarach zaobserwowane
były owe trzy niezwykłe istoty, jakie dzisiaj byśmy wzięli za trzech UFOnautów,
jednak jakim w średniowieczu nadawano "nadprzyrodzony" charakter.
Dąb ten był później źródłem wielu cudownych uzdrowień. Na prawo od tego kościółka
znajdował się kiedyś "anielski kamień" z dziwnymi wytopieniami jakby technologicznego
pochodzenia. On również z czasam stał się obiektem kultu. Twierdzono o nim kiedyś,
że też jest źródłem uzdrowień, oraz że przywraca płodność. Niestety, pomiędzy 1981
a 2004 rokiem, kamień ten tajemniczo zniknął ze swego poprzedniego miejsca.
Być może, że to ten sam kamień, który obecnie zakopany jest pod krzyżem widocznym
po lewej stronie powyższego zdjęcia, oraz pokazanym w powiększeniu na
zdjęciu "Fot. 22". (Jednak ja osobiście nie byłem w stanie ani go rozpoznać
po wyglądzie zewnętrznym, ani też wykopać z ziemi i sprawdzić czy posiada
on znane mi technologiczne wytopienia. Nie odnotowałem też w jego pobliżu
żadnych lądowisk UFO jakie potwierdzałyby że UFOnauci nadal się nim interesują.)
Fot. 21 (a): Zbliżenie tzw. "diabelskiego kamienia"
z Emilcina koło Opola Lubelskiego. Sfotografowany w 1982 roku. Odnotuj
liczne odbicia błoniastych dłoni UFOnautów oraz ich maleńkich stóp powytapiane
na powierzchni owego kamienia (dawniej odbicia te nazywano śladami "diabelskich
kopyt"). Odnotuj, że także "anielski kamień" spod kościółka Św. Anny w Karłowie
pod Miliczem był podobnej wielkości i kształtu oraz posiadał podobne odbicia.
Powyższy kamień posiada ogromnie niezwykłą historię. To właśnie przy tym
kamieniu rolnik, Ś.p. Jan Wolski, w dniu 10 maja 1978 roku przyłapał dwóch
maleńkich, wyglądających jak diabły UFOnautów, jak coś przy nim manipulowali.
(Rysy twarzy owych diabelsko wyglądających UFOnautów, jak również wygląd
ich wehikułu UFO, pokazane są na rysunku Q1 z monografii [1/4]. Z kolei
raport z przebiegu owego pozaziemskiego spotkania zaprezentowany jest
w podrozdziale Q1 z tomu 14 monografii [1/4].) Owo przyłapanie przy
nim UFOnautów spowodowało, że kamień ten stał się ogromnie sławny, zaś
badacze UFO zaczęli sprawdzać czy nie zawiera on jakichś ukrytych w
środku urządzeń nawigacyjnych UFO. Po faktycznym wykryciu iż kamień
wydziela regularne impulsy jakiegoś promieniowania, które dają się nawet
zarejestrować na zwykłej kliszy fotograficznej, kamień nagle zniknął.
Wśród badaczy świadomych jego nagłego zniknięcia zaczęły się więc
szerzyć pogłoski, że kamień ten został skrycie zabrany z Ziemi przez
UFOnautów, ponieważ UFOnauci nie chcieli aby został on poddawany
badaniom przez ludzi. Aby uciszyć te pogłoski, ktoś anonimowo wysłał
mi zdjęcie pokazane w części 21 (b) poniżej. Ukrytym celem wykonania
i wysłania mi owego zdjęcia z części 21 (b) poniżej, było wyraźne
zasugerowanie, że kamień ten wcale nie został zabrany w kosmos
przez UFO aby uniemożliwić ludziom jego badanie, a jedynie
"wykradziony" z Emilcina przez grupę jakichś fanatyków z Warszawy,
którzy po jego kradzieży ukryli go pod bliżej nieznanym wiaduktem
w Warszawie. Czy jednak tak było naprawdę - sprawdź rozważania
przytoczone pod zdjęciem "Fot. 21 (b)".
Wszystkie "diabelskie kamienie",
włączając ten z powyższego zdjęcia, cechują się technologicznymi znakami
które na nich są wytopione. Na powyższym kamieniu z Emilcina znaki te
przyjmują formę wytopień stóp podobnych do dziecięcych oraz błoniastych
dłoni/rękawic UFOnautów. Badania tych kamieni wykazują, że emitują one dziwne
promieniowanie, które pozostawia plamy na położonej na nich kliszy fotograficznej.
(Plamy te zilustrowane są na Fig. K3(c) z monografii [1e].)
Ponadto geograficze rozlokowanie tych kamieni układa się na mapie
jako regularna siatka.
Przy kościółku
Św. Anny w Karłowie pod Miliczem zlokalizowany był właśnie
jeden z takich kamieni. Być może że to właśnie on jest pokazany
na fotografii "Fot. 22". Ów kamień był źródłem licznych obserwacji
"nadprzyrodzonych istot" (czyli UFOnautów), które często miały
miejsce przy owym kościółku.
Fot. 21 (b): Powyższe zdjęcie jest ogromnie
niezwykłe. Jego atrybuty i okoliczności wykonania sugerują
bowiem, że najprawdopodobniej wykonane ono zostało
przez samych UFOnautów, z pokładu wehikułu UFO
wiszącego w powietrzu i pozostającego niewidzialnym dla
fotografowanych na dole osób. (Ciekawe, że jedyna osoba
która na powyższym zdjęciu zachowuje się jakby zdawała
sobie sprawę z faktu że jest fotografowana, wykazuje
posiadanie wszelkich szczegółów anatomicznych które są
charakterystyczne dla typowego
UFOnauty.)
Zdjęcie to zostało mi przysłane
anonimowo zaraz po tym, jak po tajemniczym zniknięciu
tego kamienia z Emilcina, wśród badaczy UFO w Polsce
zaczęły się rozprzestrzeniać pogłoski że ów kamień został
celowo zabrany z Emilcina przez UFO, aby uniemożliwić
ludziom badanie ukrytych w jego wnętrzu urządzeń
nawigacyjnych UFOnautów. Można się domyślać, że w zamiarze
wysyłającego mi owo zdjęcie wraz z notatką wyjaśniającą co
on pokazuje, było wyraźne udokumentowanie, że kamień z Emilcina
zniknął NIE dlatego iż usunęło go UFO aby uniemożliwić ludziom
jego badanie, a dlatego że grupa jakichś fanatyków z Warszawy
zwyczajnie go stamtąd wykradła. Niemniej nawet jeśli zaakceptować
ową sugestię, że kamień ten faktycznie został wykradziony z
Emilcina przez jakichś fanatyków a nie przez UFOnautów, ciągle nie wyjaśnia to
motywacji dlaczego został on przez nich usunięty z miejsca
gdzie był dostępny dla każdego badacza i mógł tam być
łatwo poddany eksperymentom, a następnie ukryty w jakimś
nieznanym nikomu miejscu gdzie nikt nie jest w stanie
dokonać na nim żadnych badań. Ponadto trzeba też pamiętać,
że UFOnauci są w stanie hipnotyzować ludzi i nakazywać im
pod hipnozą wykonanie określonych zadań. Nawet więc gdyby ów
kamień wykradziony został z Emilcina przez ludzi, wcale to nie
eliminuje możliwości, że jego wykradzenie zostało hipnotycznie
nakazane tym ludziom przez UFOnautów. (Z dotychczasowych badań
wiadomo bowiem również, że kiedy UFOnauci niszczą jakieś dowody
swojej działalności na Ziemi, wówczas zawsze czynią to w taki
sposób, aby wina za owo niszczenie spadała na ludzi - po szczegóły
patrz podrozdział VB4.1.3 z tomu 17 monografii [1/4].)
Wiadomo że ów "diabelski kamień" z Emilcina był przedwojennym
pomnikiem natury (ujętym w przedwojennym rejestrze
"diabelskich kamieni", "anielskich kamieni", oraz "bożych stopek"
z terenu Polski). Jego ewentualne wykradnięcie z Emilcina i
ukrycie przed ludźmi pod wiaduktem w Warszawie nie tylko
więc przysługuje się UFOnautom poprzez uniemożliwienie
jego dalszego badania, ale dodatkowo jest jawnym wandalizmem
sławnego pomnika przyrody. Gdyby to leżało w mojej mocy,
ja odszukałbym osoby winne jego zniknięcia z Emilcina,
oraz nakazałbym im wydobyć ten kamień z ukrycia i zwrócić
go do Emilcina na poprzednie miejsce, tak aby mógł
on tam być łatwo odnaleziony przez zainteresowane osoby
i poddawany dalszym naukowym badaniom.
W okresie
średniowiecza UFOnauci rozlokowali na Ziemi ogromną
siatkę złożoną ze szczególnych kamieni. Kamienie te
zawierały w środku jakieś urządzenia nadawcze podobne
do dzisiejszych radiolatarni. Z kolei na ich powierzchni
znajdowały się technologicznie wyglądające wytopienia.
Po nałożeniu na mapę miejsc ich oryginalnego rozlokowania,
okazywało się że formują one na powierzchni planety
regularną siatkę. Jedynym wyjaśnieniem jakie dotychczas
uzasadniało powody ich regulanego poosadzania na Ziemi
oraz wydzielanie przez nie promieniowania, to że UFOnauci
wykorzystywali promieniowanie wydzielane przez te kamienie
jako swoistą siatkę jakby radiolatarni. Służyły więc im one
do nawigacji po naszej planecie i do precyzyjnego określania
położenia innych obiektów na Ziemi. Dla UFOnautów
kamienie te były więc jakby stacjonarnym odpowiednikiem
tego co dzisiaj znamy pod nazwą satelitarnego systemu
GPS (tj. "Global Positioning System").
Z uwagi
na technologicznie wyglądające znaki typu odciski dłoni
i stóp, jakie zawsze znajdowały się wytopione na owych
kamieniach UFO, przez wieki fascynowały one ludzi.
Przed drugą wojną światową w Polsce sporządzono nawet
ewidencję tych kamieni (popularnie znanych pod nazwami
"diabelskie kamienie", "anielskie kamienie", lub "boże stopki").
Ogłoszone one wówczas zostały pomnikami natury i chronione
były przez prawo. Ciekawe czy i dzisiejsze prawo rozciąga
nad nimi swoją opiekę.
Koło każdego
"diabelskiego kamienia" obserwowana jest zawsze wzmożona
aktywność UFOnautów. Indywidualni UFOnauci często są
widywani jak manipulują coś przy tych kamieniach. Z kolei
wehikuły UFO lubują się w zawisaniu nad nimi, oraz w lądowaniu
niedaleko od nich. Dlatego łączki w okolicach tych kamieni
zwykle upstrzone są kolistymi lądowiskami UFO podobnymi
do lądowiska ze zdjęcia 16.
Kiedy po
szeregu artykułów na temat badań "diabelskich kamieni"
wydanych po 1981 roku w polskiej prasie UFOlogicznej,
UFOnauci zorientowali się że ludzie zaczynają badania
ich systemu nawigacyjnego, w typowy dla siebie sposób
zaczęli usuwać te kamienie które stały się przedmiotem
badań. Usuwanie to zawsze przy tym UFOnauci organizowali
w taki sposób, że wina za zniknięcie danego kamienia
zawsze spadała na ludzi, a nie na UFOnautów. Przykładowo
najsłynniejszy z "diabelskich kamieni", czyli kamień z
Emilcina koło Opola Lubelskiego (pokazany na zdjęciu
"Fot. 21(b)"), UFOnauci prawdopodobnie usunęli poprzez
rozkazanie jednemu ze swoich
"podmieńców",
a także nakazanie pod hipnozą kilku wybranym przez siebie
ludziom, aby w 1982 roku kamień ten wykradli z Emilcina
i przewieźli go do Warszawy. W Warszawie zaś kamień ten
UFOnauci nakazali starannie ukryć przed badaczami UFO
pod jakimś opuszczonym wiaduktem. Za sprawką UFOnautów,
po pewnym czasie kamień ten zniknął także i spod owego
wiaduktu. Jest wysoce prawdopodobne że dzisiaj nie będzie
już możliwe jego odnalezienie. Oczywiście, po zniknięciu
kamienia tego nie można już poddawać dalszym badaniom
naukowym, aby stopniowo poodkrywać tajemnice UFOnautów
- co z całą pewnością było faktycznym celem jego wykradnięcia
z Emilcina. Jest możliwe że w podobny sposób za sprawką
UFOnautów zniknął też i kamień z Karłowa pod Miliczem,
który w latach 1980-tych także zaczął być szczegółowo
badany przez UFOlogów.
* * *
Już po obublikowaniu
niniejszej strony internetowej, w dniu 25 września 2004 roku
napisal do mnie jeden z czytelników. Twierdzi on, że wie gdzie
w chwili obecnej znajduje się "diabelski kamień" z Emilcina.
Według niego, gdzieś po 1986 roku kamień ten został utopiony
w stawie znajdującym się wówczas w obrębie farmy hodowlanej
w Oborach koło Konstancina pod Warszawą. Farma ta należała
wtedy do Akademii Rolniczej z Warszawy. Wygląda mi więc na
to, że jego ukrycie pod wiaduktem nie gwarantowało UFOnautom
pewności że nikt go nie odnajdzie. Spowodowali więc że dodatkowo
zostal on utopiony. Wszakże spod wiaduktu mógł on być zabrany
zwykłą ciężarówką. Natomiast po utopieniu w stawie, aby się do
niego dostać konieczne jest całe przedsięwzięcie. Podobno ów
kamień o wadze około 350 kg, ciągle leży na dnie tamtego stawu
aż do dzisiaj. Z kolei miejsce w jakim się on ukrywa, stało się od
owego czasu punktem do którego zlatują się wehikuły UFO.
W tym miejscu
więc apeluję do "dobrego samarytanina" który zapewne
czyta niniejszą stronę internetową. Jeśli posiada on ku temu
środki i możliwości, a także zna jakieś dobre miejsce publiczne,
które zagwarantuje bezpieczeństwo tego kamienia przed dalszymi
podobnymi zapędami aby go ukryć lub zniszczyć, niniejszym
mu proponuję aby wydobył ów kamień z tamtego stawu (gdzie
przecież nikt go nie chce i gdzie on zwyczajnie niszczeje) i aby
umieścił go w owym publicznym miejscu, opatrując odpowiednią
tablicą informującą dlaczego kamień ten jest tak niezwykły.
Najlepiej aby miejsce to znajdowało się gdzieś na środku trawnika
w centrum jakiegoś ruchliwego chociaż niezbyt dużego miasteczka,
np. takiego jak Milicz (np. na środku trawnika jaki obecnie
znajduje się niemal w centrum Milicza, w pobliżu byłej południowej
bramy wylotowej z tego średniowiecznego miasteczka).
Wcale przy tym miejsce to nie musi być w Emilcinie - wszakże
mieszkańcy Emilcina nigdy nie upominali się o swój kamień,
ani nigdy nie usiłowali go odnaleźć i sciągnąć z powrotem.
Po umieszczeniu w takim publicznym miejscu kamień ten
bez ustanku będzie już na oku wielu ludzi. Ponieważ zaś w
małym miasteczku, takim jak Milicz, niemal wszyscy się znają
i wszystko dokładnie wiedzą, wszyscy będą więc zwracali już
uwagę co z kamieniem tym się dzieje.
Warto tu dodać,
że w przypadku wydobycia tego kamienia ze stawu gdzie tylko
niszczeje, oraz umieszczenia go w publicznym miejcu gdzie
ludzie bez przerwy będą mieli na niego oko, osiągnięte zostaną aż trzy
totaliztyczne dobre uczynki
za jednym zamachem. Mianowicie kamień ten jest przedwojennym
"pomnikiem natury", co oznacza że wydobywająca osoba przysłuży
się ochronie polskich skarbów natury. Kamień ten chcą badać
liczni UFOlodzy - jego więc ustawienie w publicznym miejscu
do jakiego każdy będzie miał dostęp, umożliwi jego badanie.
W końcu kamień ten jest bardzo sławny. Miejce w jakim zostanie
on udostępniony do publicznego oglądania też stanie się więc
sławne - wszakże będzie on przedmiotem turystycznych wycieczek
i publicznego zainteresowania. Nie wspomnę tu już, że miejsce
gdzie ten kamień się znajdzie, nocami będzie też często nawiedzane
przez UFOnautów i wehikuły UFO.
Kiedy około 1980 roku
odkryte zostały tejemnice "diabelskich kamieni" i "anielskich
kamieni", jednym z kamieni który poddany został systematycznym
badaniom i obserwacji przez badaczy UFO z Wrocławia odległego
jedynie o około 60 kilometrów, był właśnie ów kamień spod
kościółka Św. Anny przy Miliczu. (Na prawdopodobnie już nie
istniejącej stronie internetowej o byłym adresie
www.dwarf.webd.pl /Milicz/kamien.html
nazywany był on "kamieniem Jadwigi".) Niestety, UFOnauci w
jakiś sposób odkryli, że badacze UFO interesują się tym właśnie
kamieniem. UFOnauci spowodowali więc "zniknięcie" tego kamienia
w typowy dla siebie sposób, tj. taki który winę za jego zniknięcie
zrzuca na ludzi. Obecnie nie jest już wiadomo, gdzie kamień
ten się znajduje. To zaś oznacza, że nie można poddawać go
już dalszym badaniom.
Kamień spod
kościółka Św. Anny pod Miliczem znany był od wieków jako
"kamień który czyni cuda". Ludzie kiedyś o nim twierdzili, że
posiadal on moc uzdrawiania i przywracania płodności. Był
on także często badany przez UFOlogów z Wroclawia. Wydzielał
jakies promieniowanie które dawało się zarejestrować na kliszy
fotograficznej położonej na jego powierzchni. Do dzisiaj jednak
tajemniczo zniknął i nie jest mi wiadomo, co naprawdę z nim się
stało. Jedyny kamień jaki ciągle istnieje przy kościółku Św. Anny,
to ten zakopany pod krzyżem na lewo od drzwi do kościółka,
którego zdjęcie pokazane jest na fotografii "Fot. 21". Wątpię
jednak aby był on tym dawnym "anielskim kamieniem". Czy
faktycznie jest on nim, tego nie daje się ustalic bez jego wykopania
go z ziemi i bez sprawdzenia czy rzeczywiście posiada on na
sobie owe charakterystyczne, technologicznie wyglądające
wytopienia, ani bez sprawdzenia czy faktycznie wydziela on
jakieś promieniowanie. (Ślady na kliszy jakie promieniowanie
to pozostawia pokazane są na rysunku K3(c) z angielskojęzycznej
monografii [1e].) Z kolei ani takie jego wykopanie z ziemi, ani
sprawdzenie na wydzielane promieniowanie, nie stało w moich
możliwościach podczas turystycznego pobytu w Miliczu w lipcu
2004 roku.
Fot. 22: Czy ten kamień, jaki w 2004 roku dawał się
zobaczyć jak zakopany był pod krzyżem przed kościółkiem Św.
Anny w Karłowie koło Milicza, jest owym słynnym anielskim
kamieniem, jaki od niepamiętnych czasów leżał jakieś 50
metrów na zachód od owego kościółka? Dobrze byłoby aby ktoś
tą sprawę klarownie wyjaśnił. Jeśli zaś faktycznie jest to były
"anielski" kamień z Karłowa, dobrze też byłoby aby fakt ten
został opisany na jakiejś umieszczonej przy nim tablicy. Po
raz ostatni "anielski" kamień z Karłowa oglądałem w 1981 roku.
Jak pamiętam, na jego powierzchni wytopionych było kilka
technologicznie wyglądających, dosyć charakterystycznych
wgłębień. Niektóre z nich wyglądały jak nakłucia okrągłą laską.
Ponadto tamten kamień był bardziej podstarzały niż ten
pokazany na powyższym zdjęciu, zaś jego powierzchnia była
wygładzona, aerodynamiczna, zużyta przez czas i szara.
Z wyglądu powyższy kamień zupełnie go więc NIE przypomina
(chociaż jest podobnej wielkości). Wszakże powierzchnia
kamienia powyżej jest ostra i kolorowa, tak jakby właśnie
został on wyłamany z kamieniołomów. Kamień z Karłowa
nazywany kiedyś był "anielskim", bowiem folklor ludowy
często obserwował UFOnautów, jak ci coś przy nim manipulowali.
Z kolei w dawnych czasach, zależnie od tego czy wyglądali
oni przystojnie czy szkaradnie, dzisiejsi UFOnauci brani byli
albo za "aniołów" albo też za "diabłów". (Faktycznie jednak to
UFOnauci o wyglądzie "aniołów" też mają filozofię oraz intencje
"diabłów". Stąd w dawnym zrozumieniu tego słowa, wszyscy
UFOnauci są "diabłami", zaś wszystkie kamienie w jakich znajdują
się ich urządzenia nawigacyjne są "diabelskimi kamieniami".
Po więcej danych na temat szatańskich UFOnautów okupujących
i rabujących naszą "matkę Ziemię", patrz strona internetowa
ufonauci.w.interia.pl.)
Fot. 23: Drewniany kościółek w Trzebicku koło
Milicza. Fotografie tą wykonałem w 1980 roku, tj. przed
opuszczeniem Polski. W chwili obecnej kościółek ten wygląda
inaczej, ponieważ niedawno poddany został gruntownej
przebudowie. To właśnie ten kościółek chcieli zniszczyć
UFOnauci (dawniej nazywani "diabłami") opisywani w starej
legendzie o "diabelskim kamieniu" z pobliskiego Zemanowa.
(Zdjecie owego "diabelskiego kamienia" z Zemanowa
pokazane jest na rysunku K1 z angielskojęzycznej monografii
[1e].) Pierwsza historycznie udokumentowana wzmianka
o tym kościele jest datowana w 1571 roku. Podobno jednak
budowę tego kościoła rozpoczęto jeszcze w 15 wieku bez
użycia nawet jednego gwoździa. W czasach mojej młodości
wokół tego kościółka ciągle istniały groby z płytami nagrobkowymi
datowanymi w 16 wieku (w 2004 roku płyt tych już tam nie było).
Szczególnie ich dużo było z czasów pomoru jaki uderzył
Trzebicko w drugiej połowie 16 wieku. Również podziemia
tego kościółka, które zwiedzałem w czasach mojej młodości,
pełne były trumien i zwłok z czasów tamtego pomoru.
Stara legenda
opublikowana w przedwojennej gazecie milickiej
"Heimat Blätter für ben Kreis Militsch Trachenberg",
nr 2/1925, strona 12, stwierdza co następuje:
"Diabeł dostał szału ponieważ mieszkańcy wsi
Trzebicko zaplanowali zbudowanie nowego kościoła.
Zdecydował więc zniszczyć budowlę której stawianie
właśnie rozpoczęto. Pewnej czarnej jak smoła nocy
złapał on ogromny kamień w swoje łapy i poleciał z
nim w kierunku Trzebicka aby zgnieść nim ów kościół.
Jednak silny wiatr zachodni powstrzymywał jego lot.
Zdołał jedynie osiągnąć miejsce w którym wieś
Zemanów obecnie się znajduje, kiedy pojawiły się
pierwsze promienie słońca, zaś kogut zaczął piać.
Diabeł zmuszony był upuścić swój kamień i polecieć
z powrotem do piekła. Na powierzchni kamienia
pozostało po nim wypalenie w formie dużej szponiastej
łapy."
(W języku angielskim: "The devil was furious because
citizens of Trzebicko village were planning to build a
church. He decided to destroy the construction which
had just been started. One pitch black night he picked
up a huge stone in his hand and flew in the direction
of Trzebicko in order to smash the church. However
the strong westerly wind impeded his flight. He had
only just reached a place where the village of Zemanów
now stands, when the first rays of the rising sun appeared
and a rooster began to crow. The devil had to drop
the stone and then flew back to where he came from.
On the surface of the stone was left the impression of
a large clawed paw.")
Wraz
z powyższą legendą, owa stara gazeta milicka publikowała
także zdjęcie "diabelskiego kamienia" z Zemanowa.
Zdjęcie to zostało zreprodukowane jako Fig. K1 z
angielskojęzycznej monografii [1e].
Na przekór
że Milicz nie jest znany w świecie jako cudowne miejsce,
faktycznie jest mi wiadomo aż o kilku zjawiskach
zaobserwowanych w jego okolicach, które dają się
zaliczyć do kategorii cudów. Najbardziej szokujące
z owych zjawisk, którego przebieg oglądałem osobiście
i na własne oczy, był deszcz z małych rybek w
podmilickiej wsi
Wszewilki,
jaki dokładniej opisuję w podpisie pod fotografią "Fot. 24".
Deszcz ten padał na Wszewilkach co najmniej dwukrotnie,
w odstępach około 9 lat od siebie. Jednak ja osobiście
widziałem jego opad tylko raz. Za drugim razem odkryłem
jedynie ślady opadłych rybek, czyli rozkładające się ciałka
rybek porozrzucanych po polach w promieniu kilku kilometrów
od mojego domu. O innych cudach z okolic Milicza opowiadała
mi moja matka i babcia. Były to obserwacje istot wziętych
za Św. Annę, za Matkę Boską, oraz za małego Jezusa,
które widywane były często w okolicach obecnego kościółka
Św. Anny w Karłowie pod Miliczem. W dzisiejszych czasach
jednak obserwacje te byłyby interpretowane jako obserwacje
UFOnautów i bliskie spotkania z tymi pozaziemskimi istotami.
Odmienny rodzaj dziwnych istot relatywnie często obserwowano
również w dawnych czasach w okolicach Zemanowa (niedaleko
Trzebicka). Tych jednak interpretowano jako diabły. W miejscu
byłego zlokalizowania owego "diabelskiego kamienia" z
Zemanowa opisywanego w punkcie #23 tej strony, często
miały też miejsca lądowania wehikułów UFO. Kiedy około
roku 1980 często wizytowałęm tamte okolice w celach badawczych,
miejscowi rolnicy skarżyli mi się, że owe częste lądowania
wehikułów UFO niszczą tam ich plony uprawne. W końcu
rónież obserwacje gryfa opisanego w punkcie #15 tej strony
także można zaliczyć do raczej niezwykłych, jeśli już nie do
cudownych.
Fot. 24: Wszewilki pod Miliczem - zdjęcie z
lipca 2004 roku. Wieś ta ujęta jest od miejscowej szkoły
w kierunku na Stawczyk. To właśnie tutaj, we wsi
Wszewilki,
w czasach mojej młodości zaobserwowałem opad deszczu
z żywych rybek (płotek). Chociaż deszcz taki posiada wiele
naukowych wytłumaczeń, faktycznie na podstawie tego co
o nim pamiętam uważam, że posiada on cudowne pochodzenie.
Deszcz ten opisałem dokładnie w podrozdziale I3.5 z tomu
5 monografii [1/4], ktorej darmowe egzemplarze są do
ściągnięcia za pośrednictwem stron internetowych o monografii
[1/4] wyszczególnionych w "Menu 2".
Fot. 25: Zdjęcie z czerwca 2004 roku.
Przedstawia ono mnie (dr Jan Pająk) oraz niszę
kościoła zamkowego w Malborku, gdzie aż do
czasów drugiej wojny światowej stał posąg Matki
Boskiej słynący z cudownych uzdrowień. Nisza
ta widoczna jest ponad moją głową (ta otynkowana
wewnątrz na biało). Na swoje urodziny w 1995 roku,
od posągu tego doznałem wysoce spektakularnego
uzdrowienia, które wolno nazwać cudownym.
Uzdrowienie to opisałem dokładniej na stronie
internetowej o ciekawostkach miasta
Malborka
dostępnej za pośrednictwem "Menu 2" i "Menu 4".
W czasach przedwojennych podobne cudowne
udrowienia miały miejsce w kościółku Św. Anny
w Karłowie pod Miliczem, który słynął z nich na
całą okolicę. Dawniej twierdzono, że źródłem
tych uzdrowień był zarówno stary dąb, obecnie
już nie istniejący, jaki kiedyś znajdował się oddalony
tylko o kilka metrów na południe od obecnego
położenia ołtarza tego kościółka, jak i "anielski
kamień", jaki w latach pomiędzy 1981 a 2004
zniknął ze swego typowego miejsca w którym
leżał przez wieki.
W życiu nic nie dzieje się bez powodów. Osobiście
uważam, że owo spektakularne uzdrowienie w
Malborku, którego doświadczylem, miało na
celu zainspirowanie mnie do badań mechanizmu
takich uzdrowień. W wyniku tych badań doszedłem
do wniosku, że uzdrowienia mogą być dokonywane
przez praktycznie każdy obiekt, jaki zgromadzi
w sobie wymaganie duży ładunek tzw.
energii moralnej.
Przykładowo, w dzisiejszej Malezji ludzie bardzo
powszechnie zwracają się o dokonywanie uzdrowień
do specjalnych rodzajów drzewa, które nazywane
są tam datuk. Wygląd jednego takiego
drzewa "datuk" pokazałem na stronie internetowej
ufonauci.w.interia.pl.
Natomiast na tropikalnej wspie Borneo uzdrowień
dokonują specjalnie rzeźbione totemy drewniane.
Z kolei aby obiekty te zgromadzily w sobie wymaganą
energię moralną, ludzie muszą się do nich modlić.
Czyli praktycznie każdy obiekt do którego modli
się wiele ludzi, po jakimś czasie nabywa potencjał
do dokonywania cudownych uzdrowień. W Miliczu
istnieje sporo takich obiektów.
"Jeśli
chcesz zaoszczędzić sobie kłopotów życiowych,
unikaj jak możesz lekarzy, prawników, oraz dziennikarzy".
To była często powtarzana rada udzielana każdemu
przez mojego dziadka. Ja osobiście do rady tej
staram się stosować. W rezultacie jeśli np. jestem
chory, wówczas zamiast wizyty u lekarza raczej
preferuję albo stosować środki naszych praojców
(np. zioła, czy wypocenie się), albo też prosić
Boga o uzdrowienie. Faktycznie też już aż dwa
razy w swoim życiu zostałem uzdrowiony w sposób
który można nazwać "cudownym".
Pierwsze z owych uzdrowień było bardzo
spektakularne. Gdy miało ono miejsce, moja
pierś została oświetlona promieniem skoncentrowanego
białego światła jakby z lasera. Natomiast ja sam
doznałem rodzaju jakby szoku. Z kolei w moich
chorych oskrzelach pojawił się skostniały z zimna
kształt w jakim zapanowało też odczucie bardzo
charakterystycznego, leczącego swędzenia wibrującego.
Uzdrowienia tego dokonał nieistniejący w obecnym
czasie posąg Matki Boskiej. Do czasów drugiej
wojny światowej stał on w Malborku we wnęce
kościoła na zamku wysokim. Wnękę tą widać
obok na zdjęciu "Fot. 25". Uzdrowienie to było
aż tak spektakularne, że sugerowałbym
każdemu aby zapoznał się z jego pełnym
opisem. Opis ten znajduje się na stronie
internetowej o ciekawostkach miasta
Malborka.
Moje drugie uzdrowienie również mogę nazwać
"cudownym". Miało ono miejsce w czwartek, 29
września 2005 roku. Moja żona wyciągnęła mnie
wówczas na wieczorną mszę w kościele "Ss Peter
& Paul" w Lower Hutt koło Wellington, Nowa Zelandia.
Tak jakoś się stało, że w owym czasie kościół ten
gościł właśnie "the Relics of Saint Therese of Lisieux
(1873 - 1897)", tj. relikwie świętej Teresy która
w 1997 roku ogłoszona została 33-cim doktorem
kościoła (33rd Doctor of the Church) przez papieża
John'a Paul'a 2. Dla mnie był to dosyć szczęśliwy
zbieg okoliczności. Wszakże od 2000 roku obserwuję
jak UFOnauci z regularnością szwajcarskiego zegarka
systematycznie co miesiąc wstrzeliwują mi pod
skórę w różnych miejscach głowy jakieś trujące
kryształki (które, jak wierzę, mają za zadanie
pomału mnie wykończyć). Kryształki te zawsze
czynią mnie bardzo chorym, szczególnie źle wpływając
na moje nerki które od jakiegoś czasu bolały
mnie już niemal bez przerwy. Podczas owej mszy
nerki również bolały mnie jak diabli, bowiem
UFOnauci zalednie jedną noc wcześniej wstrzelili
mi kolejny kryształek w środek zafałdowania w
muszli mojego lewego ucha. Z powodu owego
silnego bólu nerek, po mszy podszedłem do
owych relikwi i poprosiłem w myślach tą świętą
karmelitkę aby uzdrowiła u mnie bolesne następstwa
owego wstrzeliwania kryształków przez UFOnautów.
Jednak ku mojemu rozczarowaniu, po wypowiedzeniu
owej prośby nic spektakularnego się nie stało
ani nie poczułem żadnej ulgi.
Nerki bolały mnie tak samo jak przed poproszeniem.
Jednak na drugi dzień rano zbudziłem się już
bez odczucia ich bólu (poprzednio bolały mnie
niemal bez przerwy, szczególnie nocami i nad ranem).
#26. Chińskie
"Feng Shui"
w średniowiecznych zamkach – żaba z Malborka:
Chińczycy uznają rodzaj
tajemnej wiedzy, jaką oni nazywaja "feng shui". Wiedza ta to
zbiór zasad które określają warunki konieczne do wypełnienia
aby ktoś, lub coś, osiągnęło powodzenie w swoim życiu oraz
uchroniło się przed katastrofami. Przykładowo, owo feng shui
stwierdza, że każda ludzka konstrukcja powinna posiadać dwa
symbole które polaryzują przepływ energii przez tą budowlę.
Bardzo często jednym z tych symboli dla Chińczyków jest żaba,
innym zaś jakiś ichni Bóg. Jak też się okazuje, średniowieczne
miasta i zamki w Polsce budowane były także według dokładnie
tej samej zasady. Przykładowo zamek w Malborku, na głównej
bramie wjazdowej z mostu na Nogacie (czyli na tzw. "Bramie
Wodnej"), dokładnie na osi centralnej zamku, do dzisiaj posiada
rzeźbę żaby, jaka jest niemal identyczna do żab używanych
przez Chińskie feng shui - patrz fotografia "Fot. 26". Z kolei
na drugim końcu tej samej osi centralnej zamku w Malborku
kiedyś znajdował się posąg Matki Boskiej (posąg ten umieszczony
był we wnęce pokazanej na zdjeciu "Fot. 25", podczas gdy
piszę o nim na stronie internetowej o ciekawostkach miasta
Malborka
dostępnej poprzez "Menu 1").
Owa rzeźba żaby i posąg Matki Boskiej definiowały skierowaną
ku wschodowi, ekspansywną polaryzację energii zamku w Malborku,
a więc także i polaryzację ekspansji Malborka.
Ciekawostką Milicza
jest, że w przeszłosci także posiadał on podobne symbole definiujące
polaryzację przepływu energii tego miasta. Na swojej północnej bramie
(tzw. gnieźnieńskiej) posiadał on rzeźbę ryby. (Ryba wnosi podobny
symbolizm energetyczny jak żaba. Jest ona symbolem wchłaniania
i przyciągania.) Natomiast na południowej bramie (tzw. wrocławskiej)
posiadał on rzeźbę lwa. Kopia owej rzeźby lwa przetrwała do dzisiaj,
po tym jak została odtworzona i przemieszczona na wierzcholek
bramy do milickiego pałacu. Jej dzisiejszy wygląd można sobie
oglądnąć na zdjęciu "Fot. 4" ze strony internetowej o podmilickiej wsi
Wszewilki.
(Symbolika energetyczna lwa jest ekspansja i ruch. To właśnie
z jego powodu miasto Milicz dokonywało swojej ekspansji w
kierunku południowym.) Stad przepływ energii Milicza,
a stąd także kierunek ekspansji Milicza, był kierowany od
północy ku południu. Symbole te zdają się kontynuować swoje
działanie w Miliczu aż do dzisiaj.
Fot. 26: "Żaba na piramido-kształtnym
piedestale" z "Bramy Wodnej" po zachodniej stronie
Zamku w Malborku. Powyższa fotografia wykonana
została od strony tylniej, czyli z obrębu zamku.
Jednak ta sama żaba oraz jej piramido-kształtny
piedestał uwidocznione też zostały w tym drugim,
frontowym ujęciu na zdjęciu "Fot. #11" ze strony
internetowej o mieście
Wrocławiu.
Żaby mają specjalną symbolikę w chińskim
"feng shui", jako symbol wpływu i dobrobytu.
Ich posągi często więc są jednym z dwóch
symboli które wyznaczają polaryzację danego
siedliska ludzkiego. Przepływy energii przez
średniowieczny Milicz też oparte zostały na
symbolach takiej właśnie polaryzacji. Tyle że
w Miliczu symbolem "wpływu" była rzeźba
niemal pionowo ustawionej dynamicznie
sprężonej ryby (wyglądająca jak karp
wyskakujący z wody) przyozdabiająca
bramę gnieźniejską, zaś symbolem ekspansji
była rzeźba lwa, przyozdabiający bramę wrocławską
tego miasteczka. Dokładne położenia obu tych
bram z symbolami polaryzacji Milicza omówione
są w punkcie #8 strony internetowej o zwiedzaniu
Milicza i Wszewilek.
Fot. 27 (a): Milicka starówka na ilustracji
z lat 1930-tych. Poprzez zwykłe przeanalizowanie
ułożenia budynków oraz przebiegu ulic staje się oczywiste,
że Milicz posiadał w średniowieczu swoje mury obronne.
Mury te formowały kształt owalu, jaki był typowy dla
średniowiecznych miast wznoszonych na płaskim terenie.
W murach tych zwykle istniały cztery bramy, skierowane w
czterech kierunkach świata. Ułożenie ulic Milicza, widoczne
w milickiej starówce do dzisiaj, ujawnia ich faktyczne zbieganie
się u owych czterech bram wylotowych z miasta.
Fot. 27 (b): Oto jak zapewne wyglądaly mury
obronne Milicza. Ułożone one były z miejscowej "rudy
darniowej", oraz najprawdopodobniej sięgały około 10
metrów wysokości. Musiały wszakże chronić pobliskie
budynki aż do dachów. Co jakiś też czas posiadały
wbudowane w siebie baszty obronne, podobne do baszty
z fotografii "Fot. 6 (b)". Powyższe zdjęcie ukazuje przykład
średniowiecznych murów miejskich jakie do dzisiaj istnieją
w Paczkowie. Niemniej mury Milicza zapewne były do nich
bardzo podobne (podobnie zresztą jak generalny plan
zabudowy Milicza jest podobny do planu zabudowy Paczkowa).
Wszakże mury Milicza ułożone były z rudy, jaka wyglądem
nieco przypominała kamienie użyte do budowy murów
obronnych Paczkowa.
Dzisiejsze źródła historyczne nie
są jednoznaczne na temat murów obronnych Milicza. Wszakże jako miasto
średniowieczne posądza się że musiało ono posiadać takie mury.
Jednocześnie jednak posiadanie murów obronnych przez Milicz nie jest
stwierdzane jako pewnik. Tymczasem jeśli uważnie przyglądnie się
zabudowie starówki Milicza, wówczas staje się jasne, że Milicz z całą
pewnością miał swoje mury obronne. Przebieg tych murow jest bowiem
wyraźnie ujawniany rozlokowaniem poszczególnych budynków oraz
przebiegiem ulic. Przykładowo zachodnia linia tych murów przebiegała
po wewnętrznej stronie tego, co po wojnie było znane jako "młynówka".
Faktycznie owa "młynówka" była pozostałością starej fosy miejskiej
omywającej mury Milicza od zachodu i południa. W murach obronnych
Milicz posiadał też co najmniej cztery bramy. Ozdobna imitacja jednej
z owych bram (tj. zachodniej) przetrwała do dzisiaj w swoim niemal
pierwotnym ustawieniu.
Oczywiście czytelnika zapewne
także zainteresuje, jak owe mury wyglądały. Otóż wcale nie były one z
cegły. Wszakże pierwsza cegielnia koło Milicza zaczęła działać dopiero
w 14 wieku. Tymczasem Milicz posiadał mury od samego początku swojego
istnienia, tj. prawdopodobnie już od 11 wieku. Pierwsze więc budynki i mury
Milicza były układane z miejscowej "rudy darniowej", jakiej kiedyś istniało
sporo na terenie obecnego Milicza oraz na przylegającym do niego
obszarze. Jej bryły do dzisiaj zresztą można odnaleźć w co dzikszych
miejscach z okolic Milicza. Ruda ta doskonale nadawała się jako budulec.
Jak mury z owej rudy wyglądały, ciągle można to zobaczyć do dzisiaj.
Kiedy bowiem w 1844 roku rozebrano ostatnie istniejące fragmenty murów
obronnych Milicza, z pozyskanej w ten sposób rudy darniowej zbudowano
ogromną bramę wjazdową do pałacu Maltzanów. Bramę tą wprawdzie
niedawno także rozebrano, jednak jej fragment ciągle istnieje
na swym oryginalnym miejscu, jako piedestał dla pozostawionego
na jej byłym miejscu posągu lwa (lew ten kiedyś zdobił wierzchołek
owej bramy). Jak dokładnie on wyglada, można to zobaczyć na zdjeciu
"Fot. 4" ze strony internetowej o wsi
Wszewilki
dostępnej za pośrednictwem Menu 1. Otóż piedestał ten do dzisiaj
zawiera kawałki rudy darniowej, jaka poprzednio składała się na
mury obronne średniowiecznego miasta Milicza. Stąd można o nim
powiedzieć, że stanowi on ostatnią pozostałość murów obronnych
Milicza, oraz dostarcza ilustracji jak kiedyś owe mury wyglądały.
(Przybliżony wygląd dawnych murow obronnych Milicza ilustruje
też fotografia "Fot. 27(b)".)
Przed drugą wojną
światową centrum rynku milickiego zajmował interesujący ratusz.
Jego wygląd pokazany jest na fotografii "Fot. 28". Niestety ratusz
ten został zniszczony w ostatniej fazie drugiej wojny światowej, podczas
bitwy o Milicz
pomiędzy wojskami radzieckimi, a miniaturowym garnizonem
niemieckim jaki przeciwstawił się nacierającym Rosjanom.
Niedoświadczony dowódca owego garnizonu zabarykadował
go w najgorszym możliwym miejscu, czyli właśnie w ratuszu.
Z punktu widzenia strategii obronnej była to bardzo głupia
decyzja, bowiem nie stwarzała Niemcom żadnej możliwości
wycofania się i w rezultacie prowadziła do szybkiej zagłady
całego tego garnizonu. Wszakże kolumna czołgów radzieckich
majora Lagina która zajęła Milicz, nie miała żadnych trudności
w całkowitym otoczeniu ratusza, ani nie miała też żadnego innego
wyjścia niż ostrzelać i zburzyć ten ratusz, szybko i całkowicie
likwidując w ten sposób ów punkt niezdarnego oporu Niemców.
Ratusz milicki
zniszczony podczas drugiej wojny światowej był relatywnie nową
budowlą. Wszakże został zbudowany w 1851 roku. Przed jego
zbudowaniem Milicz posiadał inny ratusz, stojący w tym samym
miejscu od początku istnienia Milicza. Niestety był on już bardzo
stary i niewygodny. Zbudowany był z rudy darniowej a nie z cegły,
stąd był trudny do remontowania. Musiał być więc zastąpiony nowszym.
Swój pierwszy kosciół
Milicz posiadał począwszy od 12 wieku. Zlokalizowany on był w obrębie
jego murów obronnych. Otoczony był miniaturowym cmentarzykiem.
Obecnie ani kosciół, ani ten cmentarzyk, już nie istnieją. Na ich miejscu
stoją budynki mieszkalne. Ów pierwszy milicki kościół był zlokalizowany
na małym placyku jaki przylegał bezpośrednio do rynku w jego
północno-wschodnim narożniku. Zlokalizowanie i wygląd tego kościoła
nieco przypominały układ rynku we Wrocławiu, gdzie w połnocno-zachodnim
narożniku też znajduje się kościół Św. Elżbiety Węgierskiej położony
na małym placyku który oryginalnie był przykościelnym cmentarzem.
Jednak kościół milicki, podobnie jak pozostałość oryginalnego Milicza,
był sklecony z brył rudy darniowej. Z czasem przestał się więc on
podobać mieszkańcom Milicza. Stąd wybudowali oni dla siebie inny
kościół, przenieśli do niego kościół milicki, zaś mury starego kościoła
z czasem rozebrali. Jedyna widoczna do dzisiaj po nim pozostałość,
to owo jakby "nielogiczne" poszerzenie ulicy wylotowej w północno-wschodnim
kącie milickiego rynku. Więcej danych na temat losu poszczególnych
kościołów Milicza zawarte jest na stronie
Św. Andrzej Bobola
dostępnej z "Menu 1".
Fot. 28: Wygląd ratusza milickiego wzniesionego
w 1851 roku. Ratusz ten spalony został w trakcie
bitwy o Milicz
w końcowych
dniach drugiej wojny światowej. Milicz zdobywały wówczas wojska radzieckie
majora Lagina, zaś w ratuszu zabarykadowali się hitlerowcy. W czasach mojej
młodości ruiny tego ratusza ciągle były najbardziej prominentnym składnikiem
rynku milickiego. Z kolei tunele podziemne które wiodły do tego ratusza od
warownego zamku milickiego, były ciągle przechodne jeszcze w czasach mojego
liceum, tj. w latach 1960 do 1964. To właśnie w okolicach owego ratusza z
tuneli podziemnych prowadziły wejścia do licznych lochów w których w czasach
średniowiecza więzieni byli lub zamurowywani żywcem ludzie niewygodni dla
władz miasta.
* * *
Fot. 29: Stary kosciół ewangelicki z
Milicza. Obecnie pod wezwaniem
Świętego Andrzeja Boboli
(dawniej Świętego Krzyża). Powyższa fotografia
pochodzi z 2003 roku. Został on zbudowany w
latach od 1709 do 1712. Stanął na miejscu
prastarej drewnianej kaplicy cmentarnej, jaka jednak stała
w ruinach już na długo przed podjęciem budowy tego kościoła.
(W obszarze przylegającym do tego kościoła, oraz istniejącego
kiedyś przy nim parku, w średniowiecznych czasach znajdował
się prastary cmentarz milicki.) Powstał on jako jeden z siedmiu
kościołów "Łaski", wybudowanych dla śląskich ewangelików na
mocy układu altransztadzkiego z cesarzem Austrii. Przed drugą
wojną światową kościół ten był słynny z bardzo pięknej
późno-barokowej ambony oraz chrzcielnicy. Jak jednak wyjaśniono
to w informacji wiszącej przy owym kościele, obecnie owa ambona i
chrzcielnica znajdują się w katedrze w Poznaniu (co jest raczej
korzystne dla Milicza, bowiem w Poznaniu może ją podziwiać znacznie
więcej zwiedzających niż w Miliczu, przy okazji dowiadując się że
takie coś jak miasto Milicz wogóle istnieje). Margrabia Henryk
Maltzan, który ufundował ów kościół, nakazał także zbudować
tajny tunel podziemny wiodący z jego pałacu do piwnic tego
kościoła. Tunel ten był ciągle przechodni w czasach zaraz
po drugiej wojnie światowej. Jednak potem został zamurowany.
Miał on połączenie z całą siecią średniowiecznych lochów i
tuneli podmilickich. Z kolei w owych lochach i tunelach ma
się znajdować zamurowany skarb zamku milickiego z
czasów wojen husyckich. Także lasy z okolic Milicza
kiedyś dosłownie przepełnione były "skarbami". Skarby te to
co cenniejszy dobytek niemieckich rolników, jacy w ostatnich
dniach drugiej wojny światowej salwowali się ucieczką w głąb
Niemiec, jednak jacy z powodu braku transportu oraz pośpiechu
nie byli w stanie zabrać ze sobą swego cenniejszego dobytku.
Aczkolwiek spora część owych "skarbów" została znaleziona
zaraz po wojnie, ciągle jakaś ich proporcja zapewne zalega
ziemię podmilickich lasów do dzisiaj, starannie ukryta przed
poszukującymi ich ludźmi.
* * *
Natychmiast po drugiej
wojnie światowej w Miliczu istniały trzy kościoły - nie wliczając w to
kościółka Św. Anny w Karłowie pod Miliczem. Dwa z nich przetrwały
do dzisiaj. (Ten drugi "mały" neorenesansowy kościółek pod wezwaniem
Św. Michała Archanioła stoi nieopodal Rynku przy wschodnim obrzeżu
miasta. Zbudowany on został w 1821 roku, na miejscu poprzedniego
gotyckiego kościoła z XV wieku z którego do dzisiaj zachowało się
prezbiterium. Posiada wewnątrz podziemną kryptę i chrzcielnicę z
1561 roku. ) Trzeci kościółek nie był używany od czasu wojny, w
latach tuż po wyzwoleniu służąc jako magazyny wojskowe, zaś w
latach 1960-tych będąc przebudowanym w dom towarowy (nazywany WDT).
Oczywiście każde miasto
posiada swoje opowieści i legendy o ukrytych skarbach. Milicz nie
jest w tym względzie wyjątkiem. W czasach swojej młodości nasłuchałem
się sporo owych opowieści. Na ile są one prawdą, tego nie wiadomo.
Niemniej powtórzę tutaj niektóre z nich. Wszakże stanowią one kolejna
ciekawostkę Milicza.
Skarb z milickiego zamku.
Stare opowieści stwierdzają, że kiedy husyci jak niszczycielska fala zaczęli
zmiatać kolejne miasta Dolnego Śląska, ówcześni właściciele zamku w Miliczu
postanowili ukryć posiadane kosztowności. Kosztowności te nakazali zaufanym
sługom zamurować w jednej z bocznych komór do ktorej wejście prowadziło z
podziemnych lochów rozprzestrzeniających się ze zamku w najróżniejszych
kierunkach. Niestety, kiedy husyci zdobyli i spalili zamek milicki, ich
ofiarami padły także osoby które wiedziały gdzie znajdowało się wejście
do owej zamurowanej komory. Od owego czasu ów skarb z zamku milickiego
był poszukiwany przez wielu, jednak nigdy nie odkryty.
Skarb margrabiego.
Kiedy w ostatnich dniach drugiej wojny światowej wojska radzieckie zbliżały się
już do Milicza, milicki pałac margrabiego ciągle był pełen wartościowych
obiektów. Obejmowały one drogie zastawy, meble, obrazy, oraz inne cenne
sprzęty. Jednak brak już było transportu oraz siły roboczej, aby te
cenności wywieźć z Milicza. Zdecydowano się więc aby je ukryć. Pod pałacem
margrabiego znajdują się duże piwnice. Jedną komorę z tych piwnic użyto
więc dla złożenia w niej co wartościowszych obiektów, zas komorę tą potem
zamurowano i zamaskowano dla niepoznaki. Kosztowności te podobno pozostają
tam ukryte do dzisiaj (nie słyszałem aby ktoś w międzyczasie zdołał je odnalaźć).
Skarby z podmilickich wsi.
W czasach mojej młodości istniał rodzaj powszechnego obowiązku "chodzenia
za stonką". Chodzenie to polegało na tym, że z każdego domu mojej wsi Wszewilki
jedna osoba była typowana aby w imieniu tego domu, wraz z resztą wioski,
poszukiwać stonki ziemniaczanej w kartofliskach tej wioski. Oczywiście nie
samą pracą człowiek żyje. Stąd podczas poszukiwania owej stonki, poszukująca
grupa robiła sobie przerwy. Podczas owych przerw co młodsi uczestnicy poszukiwań,
włączając w to mnie, mieli okazję delektowania się najróżniejszymi opowiadaniami
przekazywanymi nam przez starszych uczestników. W taki oto sposób m.in. poznałem
wiele opowieści o skarbach odkrywanych koło wsi Wszewilki. Jak też okazywało się,
koło wsi Wszewilki "skarbów" owych odkrytych było dosłownie dziesiątki. Wszystkie
one wywodziły się z ostatnich dni drugiej wojny światowej. Kiedy wojska radzieckie
zbliżały się do okolic Milicza, miejscowi rolnicy niemieccy wpadali w panikę.
Nie byli bowiem w stanie uciekać z całym cennym dobytkiem, bowiem drogi były
zapakowane, a ponadto brakowało im transportu. Wszystko wiec co mieli cennego,
a czego nie byli w stanie zabrać ze sobą podczas ucieczki, zakopywali w okolicznych
lasach. Owe więc zakopane dobra niemieckich rolników z okolic Milicza były właśnie
skarbami, jakich dosłownie dziesiątki odkryto zaraz po wojnie. Ja sam pamiętam
liczne doły po owych skarbach, które jeszcze w czasach mojej młodości istniały
porozsiewane w okolicznych lasach. Oczywiście nie wszystkie z tych skarbów zostały
odkryte, zaś spora ich część istnieje zapewne zakopana do dzisiaj w miejscowych
lasach.
Gdyby ktoś starał się znaleźć
najbardziej zasłużoną instytucję Milicza, która faktycznie akumuluje
w sobie całą esencję tego miasteczka, byłoby nim miejscowe Liceum
Ogólnokształcące (to oryginalne, znaczy Nr 1). To właśnie z pierwszych
klas tego liceum wywodzili się młodociani "żołnierze" w mundurach
niemieckich, którzy przeciwstawiali się w milickim ratuszu nacierającym
wojskom radzieckim. To także z owego liceum wywodzi się czołówka
intelektualna Milicza, oraz wszyscy najsławniejsi obywatele tego
miasteczka. Nie potrafię sobie wyobrazić odwiedzenia Milicza bez
złożenia wizyty w tym historycznym liceum.
Fot. 30. Liceum Ogólnokształcące w Miliczu. Fotografia z lipca 2004 roku.
Jego ciekawostką jest, że przed wojną zostało ono zbudowane "na wyrost", aby nadawać
Miliczowi splendoru. Dzisiaj okazuje się już zbyt małe dla szybko pęczniejącej ludności
tego miasta. Więcej danych o tym liceum zawarte jest na stronie
Liceum w Miliczu
oraz na innych stronach od niej pochodnych.
Fot. 31: Niektóre stawy milickie są tak ogromne,
że ich zarośnięty lasami przeciwległy brzeg niemal znika z
widoku. Stawy te są zarybione słynnym karpiem milickim
jakim na wigilię zajada się praktycznie cała Polska.
Milicz słynie ze stawów rybnych.
Faktycznie też, jeśli przeglądnie się jakikolwiek przewodnik o Miliczu,
stawy są w nim uwypuklone jako najważniejsza atrakcja Milicza. Ponieważ
na ich temat, a także na temat rezerwatów istniejących na obszarze niektórych
z nich, publikowanych jest relatywnie dużo informacji. Nie będę więc tutaj już
o nich się rozpisywał.
Milicz ma szczególnie
wspaniały mikroklimat. Faktycznie to jest w nim ciepło kiedy w
innych częściach Polski ludzie trzęsą się z zimna. Być może że
te korzystne dla ludzi anomalie klimatyczne mają swe pochodzenie
w ogromnej liczbie stawów, jakich wody akumulują w sobie sporo
ciepła. Faktem jednak jest, że natura i lasy milickie są szczególnie
bujne. Z kolei stawy milickie są siedliskiem dla licznego ptactwa
wodnego którego ogromna liczebność i wysoka unikalność rozsławia
Milicz po całej Polsce. Milicz jest warty odwiedzenia choćby po to
aby zobaczyć jego bujną naturę i ptactwo wodne.
Fot. 32: Przyroda wokół Milicza jest szczególnie bujna.
Przykładowo lasy koło Milicza rosną jak tropikalne dżungle.
Festiwal Milicza:
Fot. 33: W drugim tygodniu lipca każdego roku,
Milicz tonie w zapachu kwiatów lipowych, jakich jest w nim istne zatrzęsienie.
Ich słodki, miodowy zapach wprowadza do miasta atmosferę życia, radości
i prokreacji. Wielu ludzi, włączając w to mnie samego, przybywa wówczas
do tego miasta z różnych zakątków świata tylko po to, aby zapachem tym
się upajać. Powyższy rząd drzew lipowych obsypanych dorodnym kwiatostanem
sfotografowałem wzdłuż północnego obrzeża ośrodka wczasowego "Karłów"
(ok. 2 km na południe od Milicza, przy drodze z Milicza do Wrocławia), gdzie
w lipcu 2004 roku mieszkałem w sporym i wygodnym domku kampingowym
wynajętym za jedyne 50 złotych na dobę.
Warto tutaj podkreślić, że lipy (w tym
również milickie) zawsze były i pozostają kwiatami festiwalowymi dla Polaków.
Można wręcz o nich stwierdzić, że stanowią one rodzaj narodowego kwiatu dla
Polski i Polaków. Wszakże od najdawniejszych czasów polscy poeci pisali o
nich wiersze, np. "Gościu, siądź pod mym liściem, a odpocznij sobie!
Nie dojdzie cię tu słońce, przyrzekam ja tobie ..." (Jan Kochanowski "Na lipę").
W polskich aptekach do dzisiaj można nabyć herbatę z kwiatu lipowego,
jaka praktycznie leczy wszystkie choroby bazujące na alergii.
Miód lipowy jest słynny w Polsce z aromatu i własności leczniczych.
Drewno lipowe od zamierzchłych czasów używane było przez polskich rzeźbiarzy.
Ponadto zakwitanie lip jest punktualne jak szwajcarskie zegarki. Każdego roku
lipy kwitną dokładnie o tej samej porze. Można więc na nie liczyć "jak na
Zawiszę" w długofalowym planowaniu takich przedsięwzięć jak np. oficjalne
festiwale - czego niestety nie daje się powiedzieć o wielu zamorskich kwiatach.
(Np. rododendron, po polsku zwany "różanecznik", z licznych odmian
którego park margrabiego milickiego przed wojną też był słynny na całą
Europę, niestety nie posiada ściśle ustalonego okresu kwitnienia.)
Co roku, w drugim tygodniu lipca,
w Miliczu rozpoczyna się nieoficjalny festiwal kwitnących drzew lipowych.
Jest to taki milicki odpowiednik dla słynnych japońskich "festiwali kwitnącej
wiśni" (po angielsku "Cherry Blosom Festivals"), oraz do podobnie słynnych
"festiwali kwiatowych" ogranizowanych w mieście Alexandria z Nowej Zelandii.
Jest on nieoficjalny, ponieważ nie został wpisany (jeszcze) do żadnego
kalendarza oficjalnych imprez milickich. Jednak już od dawna ściąga
on do Milicza całe rzesze wczasowiczów i turystów, którzy wiedzą o jego
istnieniu. Przykładowo, w lipcu 2004 roku ja sam przybyłem do Milicza
aż z Nowej Zelandii, tak planując swoje przybycie i pobyt, aby właśnie
przebywać w Miliczu w owym szczególnym czasie. W owym bowiem
unikalnym okresie lipca, w Miliczu i jego okolicach zakwitają drzewa
lipowe. A w Miliczu jest tych drzew istne zatrzęsienie. Powietrze nabiera
wówczas podniecającego zapachu miodu i rozprzestrzeniania nowego
życia. Ci co je wdychają uczestniczą w istnej uczcie zapachowej. Wcale
przy tym nie zdając sobie z tego sprawy poprawiaja oni swoje zdrowie
za pośrednictwem ogromnie modnej ostatnio na Zachodzie, naturalnej
tzw. "Aroma Therapy" (tj. "terapii zapachowej"). W dzisiejszych czasach
zanieczyszczenia powietrza i szalejącej motoryzacji, taka uczta zapachów
lipy to coś niezwykłego.
Milicz już zdołał utrwalić swoją
renomę jako siedziba zespołu szkół przyrodniczych. Warto by więc było,
aby dodatkowo wsparł tą swoją pozycję poprzez oficjalne powołanie
w Miliczu festiwalu kwitnącej lipy. Festiwal ten obejmowałby sobą
cały wahlarz imprez związanych z celebrowaniem okresu kwitnienia
lipy i wszystkiego co z kwitnieniem tym się wiąże, czyli lata,
robaczków swiętojańskich, spacerow przy księżycu, wigoru,
natury, miłości, inicjacji życia, itp. Wszakże to zapewne właśnie
z powodu owych unikalnych warunków jakie w lipcu panują w
Miliczu, pobliski kościółek Św. Anny w Karłowie słynny był w
dawnych czasach z przywracania płodności. A okres czasu
kiedy takie przywracanie płodności miało tam miejsce, pokrywał
się w czasie z okresem kwitnienia lipy - następował bowiem w
ostatnią niedzielę lipca - patrz podpis pod rysunkiem "Fot. 20".
W przyszłości niniejsza strona będzie dalej poszerzana
i udoskonalana. (Tj. będzie ona rozbudowana w miarę
jak zdołam pospisywać swoje wspomnienia na temat Milicza
- zapraszam więc aby stronę tą odwiedzić ponownie za jakiś czas.)
Więcej ciekawostek w "Wieś Wszewilki" z Menu 1
If you prefer to read in English
click on the flag
(Jeśli preferujesz język angielski
kliknij na poniższą flagę)
Odnotuj istnienie skrytego sabotażowania tej strony przez UFOnautów:
Na odrębnej
stronie internetowej w "Menu 2" i "Menu 4" nazywanej
zło,
wyjaśnione zostało obrazowo dlaczego wszystkie strony
internetowe
totalizmu,
włączając w to niniejszą stronę o mieście Miliczu,
są skrycie sabotażowane przez kosmicznych
krewniaków ludzi. (W dzisiejszych czasach ci
identyczni do nas wyglądem krewniacy nazywani są
"UFOnautami"
zaś w dawnych czasach zwykle zwano ich
"diabłami".)
Wszakże wszystkie te strony otwierają nasze oczy na
dowody dokumentujące fakt okupacji Ziemi przez
owe technicznie wysoko zaawansowane, chociaż
moralnie upadłe, istoty. Owe skryte sabotaże stron
totalizmu przez UFOnautów powodują, że podczas
prób ich oglądania zawsze coś się dzieje co utrudnia
ich otwarcie i przeglądnięcie. Przykładowo zawsze
konieczne jest długie czekanie aż się otworzą, pokazują się
jakieś dziwne komunikaty, serwery zdają się być wyłączone,
z "search engines" znikają informacje gdzie owych stron szukać,
itd., itp. Aby jakoś przeciwdziałać tym sekretnym sabotażom,
podobnie jak wszystkie inne sabotażowane przez UFOnautów
strony również i niniejsza udostępniana jest aż pod kilkoma
odmiennymi adresami równocześnie. Warto więc wiedzieć, że
wykaz wszystkich adresów
pod jakimi niniejsza strona się znajduje zawarty jest w
"Menu 4"
którego
replikat źródłowy
warto sobie sprowadzić do własnego komputera; w przypadku
zaś problemów z oglądnięciem tej strony
pod jednym z owych adresów, może ona być odszukana, otwara
i oglądnięta pod dowolnym z innych podanych tam adresów.
Ponadto pod każdym z adresów wyszczególnionych w owym
"Menu 4" znajdują się także inne interesujące strony o podobnej
tematyce które również warto odwiedzić. Pełny wykaz tych innych
stron zawarty jest w
"Menu 2".
Oto powtórzenie owych adresów internetowych wyszczegółnionych
w "Menu 4", pod jakimi niniejsza strona powinna być dostępna - jeśli
UFOnauci jeszcze jej tam jakoś nie zasabotażowali (odnotuj że aby
odwiedzić dowolny adres na niniejszej stronie oznaczony kolorem
zielonym, lub aby odwiedzić dowolny adres zawarty w "Menu 4" i
"Menu 2", wystarczy na niego kliknąć):
energia.sl.pl,
free.hostultra.com/~wszewilki,
i.1asphost.com/1964,
totalizm.org.pl,
milicz.fateback.com,
mozajski.freewebspace.com,
totalizm.nazwa.pl,
anzwers.org/free/wroclaw,
www.totalizm.pl.
Tak dla informacji
przytoczę tutaj obecnie wykaz tych adresów internetowych pod
którymi kiedyś dostępna była niniejsza strona o Miliczu, jednak
UFOnauci już ją całkowicie wydeletowali. Dzisiaj więc strony tej już
tam nie ma. I tak na początku listopada 2004 roku UFOnauci
zdolali całkowicie usunąć tą stronę z następujących dwóch serwerów,
na których ona wówczas istniała, mianowicie z
mozajski.i6networks.com, oraz z
wroclaw.i6networks.com.
(Moje badania sposobu tego usunięcia sugerują, że UFOnauci
fizycznie zniszczyli serwer jaki posiadał oba te adresy, podobnie
jak w 2003 roku zniszczyli oni całkowicie serwer na jakim działała
wówczas internetowa lista dyskusyjna totalizmu.) Z kolei w dniu
15 grudnia 2004 roku UFOnauci zablokowali dostęp do tej strony
działającej pod bardzo popularnym wówczas adresem
milicz.fateback.com. Wprawdzie
po jakimś czasie kiedy poinformowałem czytelników o owym
sabotażu, dla niepoznaki otworzyli mi ten dostęp ponownie, jednak
powprowadzali na ów serwer takie własne software sabotażowe, że
strona o Miliczu nigdy potem nie działała już tam tak jak powinna
(np. albo wogóle się nie otwierała, albo otwierała się bez ilustracji
i to po długim oczekiwania). Ponadto już aż dwukrotnie UFOnauci
całkowicie wydeletowali mi tą stronę po jej umieszczeniu pod adresem
www.nrg.to/newzealand.
Na szczęście, z jakichś powodów poczatkowo nie udało im się całkowicie
zniszczyć serwera noszącego ten adres. Serwer ten uszkodzili dopiero
w połowie 2006 roku. UFOnauci blokują też niemal nieustannie mój
dostęp do tej strony umieszczonej pod adresem
anzwers.org/free/wroclaw.
Stąd aby ją tam zaktualizować, zawsze najpierw muszę znaleźć jakiś
sposób aby się przełamać przez ową blokadę UFOnautów. W końcu
pod dwoma następującymi adresami
i.1asphost.com/1964,
n.1asphost.com/1970/1964,
UFOnauci wprawdzie początkowo pozwalali tej stronie istnieć, jednak
codziennie blokowali jej oglądanie pod wymówką że dzienny limit
przepustowości został przekroczony (ja już kilkakrotnie składałem
podanie o zwiększenie tego limitu, jednak nigdy zwiększenia tego
nie uzyskałem.) Niemniej kiedy w dniu 4 stycznia 2005 roku
ponownie odwiedziłem stronę
n.1asphost.com/1970/1964
aby sprawdzić jej działanie, okazało się że została ona
wydeletowana przez UFOnautów całkowicie z tamtego adresu.
W dniu 1 marca 2005 roku, UFOnauci wydeletowali też tą stronę
pod adresem:
wroclaw.free2w.com.
Z kolei w dniu 21 marca 2005 roku UFOnauci ponownie zablokowali
dla mnie następny adres pod jakim istniała ta strona, mianowicie
adres
www.nrg.to/newzealand.
Blokadę tą nałożyli w dokładnie taki sam sposób, jak już poprzednio
zablokowali tą samą stronę pod adresem
anzwers.org/free/wroclaw,
oraz jeszcze wcześniej zablokowali tą stronę pod adresem
free.7host02.com/sheep.
Znaczy, strona ta ciągle istniała i była dostępna pod owym adresem, tyle
że ja miałem bardzo trudny do niej dostęp za każdym razem kiedy chciałem
ją uaktualizować. Wszakże aby do niej się dostać i ją zaktualizować, najpierw
musiałem znaleźć jakiś sposób aby przełamać się przez ową blokadę UFOnautów,
a dopiero potem mogłem wprowadzić do niej zmiany. (Zgodnie z tym co wyjaśniłem
na stronach internetowych o "prawach moralnych", dostępnych z
"Menu 2",
sposób na obejście naokoło dowolnej niemoralnej blokady zawsze istnieje -
wszakże sposób ten stwarza zasada działania samych praw moralnych.
Tyle że za każdym razem trzeba włożyć sporo trudu i czasu aby sposób
ten znaleźć.) Przez blokadę ta udało mi się przełamać dopiero w na początku
października 2005 roku. W międzyczasie, około 1 września 2005 roku
UFOnauci wydeletowali całkowicie wszystkie moje strony zawarte pod adresem
propulsion.20m.com. Z kolei około 1 października
2005 roku, UFOnauci wydeletowali wszystkie moje strony zawarte pod adresami
aliens.f2g.net oraz fruit.f2g.net.
Faktycznie więc utrzymywanie niniejszej strony o Miliczu w stanie
działającym i dostępnym dla użytkowników jest jedną nieustającą
bitwą ze skrycie sabotażującymi ją UFOnautami. Ja oczywiście
zdaję sobie sprawę, że dla czytelników może wszystko to być
trudne do zaakceptowania, niemniej warto sobie przypomnieć
że przed Kolumbem ludzie również mieli trudności z zaakceptowaniem
że Ziemia jest kulista. (Do dzisiaj zresztą działa na naszej planecie
"towarzystko płaskiej ziemi" które upowszechnia informacje że
mimo wszystko Ziemia jest jednak płaska.) Dlatego w tak ogromnie
istotnej dla nas sprawie jak bezpieczeństwo rasy ludzkiej, bezpieczniej
jest zaufać obiektywnym faktom, niż naszym wewnętrznym odczuciom -
które są przecież hipnotycznie manipulowane przez UFOnautów.
Więcej faktów na temat skrytej okupacji Ziemi przez diabolicznych
UFOnautów podane jest na stronach
zło i
ludobójcy.
Ponadto na bieżaco okupacja ta dyskutowana jest na blogu totalizmu
o adresie
totalizm.blox.pl/html/.
Ponadczasowe prawdy uwypuklane na tej stronie:
Czytając pospisywane na tej
stronie folklorystyczne ciekawostki o Miliczu i jego okolicach,
w oczy zapewne rzuca się fakt, że z całego oceanu ciekawostek
możliwych tu do zaprezentowania, ja opisuję tylko te, które wnoszą
sobą najwyższy potencjał moralny i nauczający. Nie trudno bowiem
odnotować, że pisząc o ciekawostkach Milicza, faktycznie na ich
przykładzie staram się zilustrować kilka ponadczasowych prawd
i ustaleń, które normalnie wymykaja się naszej uwadze.
Oto najważniejsze z owych prawd i ustaleń:
1. Istnienie i działanie praw moralnych.
Jeśli przeanalizuje się faktyczne dzieje rzeczywistych narodów czy ziem,
wówczas zwraca naszą uwagę, że ujawniają one sobą zadziwiające
regularności. Ja owe regularności odkryłem już relatywnie dawno i nazwałem
je prawami moralnymi. Dokładniejszy opis owych praw moralnych
zamieściłem na kilku odrębnych stronach internetowych wyłącznie im
poświęconych, do których dostęp uzyskać można przez kliknięcie na
adresy którejś z tych stron wyszczególnione w "Menu 2" (przykładem
jednej z owych stron jest
totalizm.org.pl).
W dziejach Milicza szczególnie rzuca się w oczy działanie kilku praw
moralnych. Najprominentniej z nich są widoczne: tzw. Prawo Bumerangu
a także prawo samoczynnej transformacji zwycięstwa moralnego
w zwycięstwo fizyczne. Oba te prawa opisane są w podrozdziale
W6.2 z tomu 18 monografii [1/4] dostępnej nieodpłatnie za pośrednictwem
"Menu 2". "Prawo Bumerangu" powoduje, że np. cokolwiek jedna osoba
lub jeden naród uczyni komuś innemu, w późniejszym okresie czasu
dokładnie to samo uczynione zostanie i jemu. Czyli ludzkie działania
moralne są jak bumerang - wracają później z powrotem do tego co
je z siebie wyemitował. Z kolei "prawo samoczynnej transformacji
zwycięstwa moralnego w zwycięstwo fizyczne" powoduje, że na
przekór iż ktoś fizycznie wygra niemoralną konfrontację z kimś
innym, jednak moralnie przegra tą konfrontację, prawa moralne
później unieważnią to niemoralne zwycięstwo fizyczne i zamienia
je we fizyczną klęskę - po wiecej szczegółów patrz strona
totalizm.20fr.com.
Oczywiście, prawa moralne działają dla każdego i w każdej sytuacji,
nie tylko w tych zilustrowanych na niniejszej stronie internetowej.
Dlatego warto o nich wiedzieć, bowiem uchroni nas to od wielu
niepowodzeń i przykrości życiowych.
2. Brak poprawy ludzkiej moralności.
Z opisów i ilustracji zaprezentowanych na tej stronie wyraźnie jest widoczne,
że ludzka moralność wcale nie poprawia się w trakcie upływu wieków. Na
przekór istnienia i działania chrześcijaństwa już przez ponad 2000 lat, ludzie
w dzisiejszych czasach są tak samo barbarzyńscy i brutalni, oraz tak samo
ignorują oni działanie praw moralnych, jak to czynili w czasach starożytnego
Rzymu, w czasach średniowiecza, czy podczas drugiej wojny światowej. Jedyne
co się zmienia, to narzędzia którymi ludzie mordują i zamęczają swoich bliźnich.
Jednak esencja dzisiejszego postępowania ludzi, wcale
nie różni się od postępowania ludzkiego podczas drugiej wojny światowej, podczas
najazdów średniowiecznych, czy podczas zamęczania pierwszych chrześcijan
w starożytnym Rzymie. Dlatego właśnie konieczne jest upowszechnienie na Ziemi
nowej, bardziej moralnej od chrześcijaństwa, filozofii codziennego życia.
Ta nowa, udoskonalona, oraz bezkompromisowo moralna filozofia nazywana jest
totalizmem.
Jej skrótowe prezentacje dostępne są na kilku odrębnych stronach internetowych
wskazywanych przez "Menu 4". Natomiast jej pełny opis zawarty jest w tomie 6
(rozdziale JA)
monografii [1/4].
3. Zawziętość
UFOnatów w szkodzeniu ludzkości. Jak też się okazuje, jakie tylko
zło,
czy przestępstwo na Ziemi by się nie rozpatrywało, zawsze jego
prapoczątki kryją się w niecnych manipulacjach szatańskich istot,
które obecnie nazywane są "UFOnautami", zaś w przeszłości
nazywane były "diabłami", "szatanem", "złymi czarownicami",
"strzygami", "lichami", itp. To właśnie UFOnauci stali za wszczęciem
każdej wojny w ludzkiej historii. To także UFOnauci byli doradcami i
manipulatorami każdego zbrodniarza na Ziemi. To także UFOnauci
stoją praktycznie za każdym dzisiejszym
kataklizmem
który prześladuje ludzkość, włączając w to niemal wszystkie huragany i
tornada.
Jak to ujawniają dowody zilustrowane m.in. na tej stronie i na
stronach jej pokrewnych, ślady ich szatańskiej działalności na
Ziemi są wszechobecne.
Polskie literki:
W tekście tej strony starałem się używać polskich literek.
Szybko jednak odnotowałem, że nie każdy serwer poprawnie
koduje i przesyla owe litery. Ponadto komputery zdają
się wyświetlać poprawnie polskie literki tylko jeśli albo
używają systemu operacyjnego "Windows XP", lub jeśli ich
Internet Explorer został na nie ustawiony. (Aby ustawić
swoją przeglądarkę "Internet Explorer" na poprawne odczytywanie
polskich liter, trzeba kliknąć na pozycję w jej menu oznaczoną "Widok"
(po angielsku "View"), zaś potem na opcję oznaczoną "Kodowanie"
(po angielsku "Encoding"). Kiedy zaś otworzy się submenu "Dalsze"
("More") z odmiennymi alfabetami, wybrać trzeba i włączyć kliknięciem
alfabet oznaczony "Srodkowoeuropejski (Windows)" (po angielsku
"Central European (Windows)").) Gdyby jednak i takie ustawianie nie
pomogło, wówczas na wszelki wypadek informuję, że jeśli u kogoś
w miejscu literek na ekranie pojawiają się jakieś dziwne znaczki,
to zapewne oznacza, że jego komputer nie wyświetla prawidłowo
polskich literek. W takim przypadku dobrze jest wiedzieć,
że wyświetlane znaczki oznaczają co następuje:
"ą" = "a" z ogonkiem, "Ą" = "A" z ogonkiem,
"ć" = "c" z kreską, "Ć" = "C" z kreską,
"ę" = "e" z ogonkiem, "Ę" = "E" z ogonkiem,
"ł" = "l" przekreślone, "Ł" = "L" przekreślone,
"ń" = "n" z kreską, "Ń" = "N" z kreską,
"ó" = "o" z kreską, "Ó" = "O" z kreską,
"ś" = "s" z kreską, "Ś" = "S" z kreską,
"ź" = "z" z kreską, "Ź" = "Z" z kreską,
"ż" = "z" z kropką, "Ż" = "Z" z kropką.
Oto wykaz polskich literek
jakie mogą wystąpić w moich tekstach:
ą ć ę ł ń ó ś ź ż (małe polskie literki)
a c e l n o s z z (łacińskie i angielskie odpowiedniki małych polskich literek)
Ą Ć Ę Ł Ń Ó Ś Ź Ż (duże polskie litery)
A C E L N O S X Z (łacińskie i angielskie odpowiedniki dużych polskich liter).
Powinienem tutaj dodać, że po
odnotowaniu mizernych efektów moich eksperymentów z użyciem polskich
literek, wcale teraz się nie spieszę z przeredagowaniem na polskie literki tej
części totaliztycznych stron które oryginalnie pisane były alfabetem angielskim
(łacińskim).
Zduplikowanie tej strony we własnym komputerze:
Dla niektórych czytelników zainteresowanych zagadnieniami poruszanymi
na niniejszej stronie internetowej, korzystne może się okazać posiadanie
we własnym komputerze repliki niniejszej strony internetowej
wraz z wszelkimi używanymi na niej ilustracjami, tekstami,
linkami, itp., oraz późniejsze przeglądanie tej strony
bezpośrednio z własnego komputera, a nie z internetu.
Wszakże w przypadku posiadania takiej własnej repliki,
nie jest się już zależnym od dostępu do internetu w przypadku
każdej chęci ponownego zaglądnięcia do tej strony lub
oglądnięcia czy wydrukowania którejś z użytych tutaj
ilustracji. Czekanie na otwarcie się niniejszej strony
jest także wówczas nieporównanie krótsze niż czekanie na
jej otwarcie się z internetu. Nie jest też wtedy już konieczne
znoszenie owego potopu najróżniejszych subtelnych przeszkod,
które zdają się prześladować moje strony internetowe niemal
tak jakby strony te były celowo sabotażowane przez jakichś
złośliwych "małych pozieleniałych UFOnautów". Dla tych więc
czytelników którzy zechcą sporządzić sobie replikę niniejszej
strony internetowej w swoim własnym komputerze, niniejszym opisuję
krok po kroku, jak tego dokonać. Opis ten wyjaśnia dokładnie jak
się przygotowuje tzw. "źródłowy" duplikat niniejszej strony,
czyli duplikat wykonany w języku programowania zwanym "HTML",
w którym strona ta oryginalnie została zaprogramowana. Taki
"źródłowy" duplikat jest na tyle użyteczny, że może on zostać
potem spożytkowany dla nauczenia się jak programować i zakładać
własne strony internetowe na dowolnym serwerze. (Wiadomo bowiem,
że browsery, w tym "Internet Explorer", pozwalają także na
relatywnie łatwe sporządzanie "obrazowych" kopii dowolnych
stron. Jednak owe kopie obrazowe nie mogą być użyte dla
zainstalowania na innych serwerach. Ponadto nie nadają się
one do stopniowego uzupełniania ich zawartości o dalsze strony,
ilustracje czy linki zreplikowane z innych stron internetowych.)
Nauczenie się więc z poniższej instrukcji jak sporządzać takie
dokładne kopie "źródłowe", jest pierwszym krokiem w kierunku
nauczenia się jak programować, zakładać, oraz przeglądać własne
strony internetowe. Oto owa intrukcja postępowania:
#0. Gotowa replika źródłowa?
(i to bez banerów). Jedna mała informacja, zanim w punktach #1
do #9 poniżej przytoczę dokładną procedurę sporządzania sobie
samemu źródłowej repliki niniejszej strony. Mianowicie, pod
niektórymi adresami podanymi w "Menu 3", taka źrółowa replika
niniejszej strony, wraz z wszystkimi jej folderami, plikami,
ilustracjami, itp., a na dodatek pozbawiona banerów reklamowych,
czeka w formacie ZIP, gotowa do załadowania do Twojego własnego
komputera. Wszystko co musisz uczynić aby ją sobie załadować,
to w "Menu 1" kliknąć na pozycję
"źródłowa replika tej strony".
Spróbuj to uczynić, bowiem taka źródłowa replika być może jest
nawet dostępna pod niniejszym adresem. Kiedy zaś taka replika
w ZIP załaduje się już do Twojego komputera, jedyne co należy uczynić
to UNZIPować ją na Twój dysk twardy. Po UNZIPpowaniu uformuje ona
odrębny folder, w którym znajdziesz nowy folder o nazwie "a_pajak",
zaś w owym nowym folderze będą zawarte gotowe do użycia wszystkie pliki,
podfoldery i ilustracje, wymagane dla uruchamiania i oglądania
niniejszej strony. (W przypadku jeśli masz już na swoim dysku
twardym folder zwany "c:\a_pajak" z innymi moimi stronami źródłowymi,
wystarczy abyś z owego nowego foldera "a_pajak" poprzerzucał
wszystkie pliki i podfoldery do posiadanego już wcześniej foldera
"c:\a_pajak".) Po tej informacji, wróćmy teraz do owej procedury
przygotowania przez Ciebie samego źrółowej repliki niniejszej
strony. Oto ona:
#1. Stworzyć nowy folder (zbior/directory)
o nazwie a_pajak na dysku twardym "c:\" swojego komputera. Folder ten będzie
zawierał niniejszą stronę internetową wraz z używanymi przez nią ilustracjami,
a ewentualnie także dowolne inne moje strony wraz z ich ilustracjami. W tym celu
wystarczy uruchomić "Windows Explorer", oraz stworzyć nim folder nazywany "a_pajak"
na swoim dysku twardym. Folder ten będzie później używany do przechowywania
wszystkich tych moich stron internetowych oraz używanych przez nie ilustracji,
które ktoś zechce zawsze mieć pod ręką.
#2. Stworzyć nowe pod-foldery
(podzbiory/subdirectories) we wnętrzu foldera "a_pajak". Owe pod-foldery
będą zawierały poszczególne rodzaje tekstów i ilustracji ukazywanych
za pośrednictwem niniejszej strony internetowej. Oto wykaz nazw
pod-folderow (podzbiorów) wykorzystywanych przez niniejszą stronę
internetową:
flags - zawiera on sześć plików o nazwach de_flag.gif,
es_flag.gif, fr_flag.gif, it_flag.gif, pl_flag.gif, uk_flag.gif
w których zawarte są flagi Niemiec, Hiszpanii, Francji, Włoch,
Polski i Anglii używane przez niniejszą stronę internetową oraz
strony do niej pokrewne. Pliki te najłatwiej uzyskać poprzez
zdobycie dowolnych obrazów owych flag zapisanych w formacie
*.gif, oraz następne przemianowanie nazw tych plików na nazwy
wskazane powyżej.
milicz - zawiera on zdjęcia Milicza.
wszewilki - zawiera on zdjęcia z Wszewilek.
cr - zawiera on ilustracje do samolotu Możajskiego.
14 - zawiera on ilustracje oryginalnie wywodzące się z
monografii [1/4]. Ilustracje te używane są zarówno przez niniejszą
stronę internetową jak i równocześnie przez monografię [1/4].
fotki - zawiera on zdjęcia kwiatków pokazanych w miejscach
gdzie później mają być włączone jakieś konkretne zdjęcia,
a także zdjęcie dla "księgi gości".
W celu stworzenia tych pod-folderów wystarczy uruchomić "Windows
Explorer", oraz wygenerować nim owe podfoldery we wnętrzu foldera
"a_pajak", nadając im wskazane powyżej nazwy.
#3. Zachować kod źródłowy tej strony
w swoim folderze "a_pajak". W tym celu trzeba "kliknąć prawym przyciskiem" swojej
myszy kiedy się wskazuje na jakikolwiek obszar zadrukowany tej strony (np.
wskazuje tutaj). Małe menu powinno się pojawić, które ma pozycję "View Source"
(tj. "pokaż źródło"). Kliknij na tą pozycję, tak że kod źródłowy tej strony
pojawi się w edytorze tekstu nazywanym "Notepad". Kliknij na "File" menu w tym
"Notepad" i wybierz opcję "Save As..." (tj. "zachowaj jako"). Zachowaj kod
źródłowy ze swojego "Notepad" używając nazwy pliku "milicz.htm" jako
"File name" tego kodu dla niniejszej strony, zaś podając foldera "c:\a_pajak"
jako "Save in" miejsce dla zachowania tego kodu. Odnotuj że strony wywoływane
z tej strony należy zachwywać pod nieco innymi nazwami, np.: "milicz_uk.htm"
dla angielskojezycznej wersji tej strony, "oscillatory_chamber.htm" dla strony
o komorze oscylacyjnej, itp.
#4. Zachować ilustracje. Kliknij prawym
przyciskiem myszy na każdą ilustrację z tej strony lub ze stron z nią związanych,
potem wybierz opcje "Save Picture As". Wszystkie ilustracje unikalne dla tej
strony i dla monografii [1/4] zachowaj w subfolderze "14". reszte zachowaj w
przynaleznych im folderach. (Odnotuj że każda ilustracja wskazuje u dołu ekranu
browsera subfolder w jakim musi być zachowana.)
#5. Wyswietlić tą stronę w swoim komputerze.
Po zachowaniu tej strony, daje się ona wyświetlić w dowolnej chwili we własnym
komputerze, poprzez zwykłe wycelowanie na plik "milicz.htm" (tj.
wycelowanie na kod źródłowy tej strony) używając w tym celu "Windows Explorer",
oraz następne podwójne kliknięcie na owym pliku. (Można też ją wyświetlić poprzez
wycelowanie na nie "Windows Explorer" i przyciśnięcie klawisza "Enter".)
Strony związane z niniejszą hyperlinkami, można wyświetlać albo poprzez kliknięcie
na owe hyperlinki kiedy ta strona jest pokazana na ekranie komputera, albo też
poprzez kliknięcie z "Windows Explorer" odpowiednio na "milicz.htm",
"magnocraft.htm", itp.
#6. (Warunkowo) Ustawić kody polskich literek.
Trzecia linia programu HTML każdej totaliztycznej strony oryginalnie
jest zaprogramowana na kod polskich literek w moim własnym komputerze
i WINDOWS XP. Stąd linia ta ma postać:
<META HTTP-EQUIV="Content-type" CONTENT="text/html; charset=windows-1250">
Jednak nie w każdym komputerze i nie dla każdej wyszukiwarki linia
ta spowoduje poprawne wyświetlanie polskich literek. Dlatego jeśli
u Ciebie czytelniku zamiast polskich literek wyświetlane są jakieś
"krzaczki", zapewne to oznacza że w kodzie źródłowym tej strony
powinieneś sobie zmienić ostatni człon owej linii na odpowiedni
dla Twojego komputera i/lub Twojej wyszukiwarki. Dlatego spróbuj
w linii tej symbol windows-1250 zmienić np. na symbol iso-8859-1,
na symbol iso-8859-2, lub na symbol CP-1250, sprawdzając czy kod
ten spowoduje poprawne wyświetlenie polskich literek (w celu tego
sprawdzenia kliknij w "Internet Explorer" na "Refresh" czyli na "Odnów",
lub na: Widok/Kodowanie/Dalsze/Srodkowoeuropejski(Windows) co w angielskiej
wersji ma zapis: View/Encoding/More/CentralEuropean(Windows) - tak jak
to wyjaśnione tutaj w punkcie "polskie literki").
#7. (Warunkowo) pousuwać banery. Darmowe
serwery z jakich ja zwykle korzystam, automatycznie wprowadzają kody banerów reklamowych
do kodu źródłowego stron jakie na nich są wystawiane (często kody tych banerów
reklamowych zawierają też dokuczliwe błędy celowo powprowadzane przez UFOnautów
jakie starają się utrudniać oglądanie moich stron). Jeśli benery te, lub zawarte
w nich błędy, kogoś wyraźnie irytują, wówczas w kodzie źródłowym zachowanym we własnym
komputerze daje się je pousuwać. Aby powycinać te bannery, należy najpierw otworzyć
"kod źródłowy" tej strony używając np. edytpora tekstu zwanego "Notepad" jaki znajduje
się praktycznie w niemal każdym dzisiejszym komputerze. Potem w programie źródłowym
danej strony należy zidentyfikować kody tych banerów (albo przez znalezienie adresu
danego banera referowanego w owym kodzie źródłowym i zaczynającego się od "http://...",
albo też poprzez wypatrzenie komentarza oznakowującego początek i koniec bannera i
zwykle zaczynającego się od słów "banner insertion ..."). Po zidentyfikowaniu który
fragment kodu strony ukrywa w sobie dany baner, kod ten należy zwyczajnie wydeletować.
Warto tutaj zaznaczyć, że jeśli ktoś zdoła się nauczyć jak znajdować i wycinać takie
banery reklamowe, faktycznie nauczy się również jak przeprogramowywać istniejące
strony internetowe, czyli jak sporządzać "kody źródłowe" własnych stron. Odnotuj
też że "gotowe repliki źródłowe" niniejszej strony nie posiadają banerów (banery te
wprowadzane są automatycznie przez serwery tylko na strony załadowywane na owe
serwery i uruchamiane z nich samych).
#8. (Warunkowo) aktualizować swoją replikę tej strony.
Jeśli kogoś szczególnie interesują opisy zawarte na niniejszej stronie internetowej,
wówczas co jakiś czas (np. co kilka miesięcy) warto sprawdzać w internecie, czy opisy
te nie zostały dodatkowo udoskonalone. Jeśli zaś się odkryje, że internetowa wersja tej
strony została wyraźnie udoskonalona, wówczas tą udoskonaloną wersją można z łatwością
zastąpić posiadaną przez siebie nieco starszą replikę. W tym celu wystarczy nazwę swojej
starej repliki poprzedzić np. słowem "stara_", a następnie na jej miejsce skopiować i
zachować nową wersję tej strony pod oryginalną nazwą jaką nosi ona w internecie.
#9. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości
w owym replikowaniu, warto zaglądnąć na odrębną stronę w całości poświęconą
dokładnemu wyjaśnieniu powyższej procedury replikowania moich witryn internetowych
we własnym komputerze. Owa dodatkowa strona uruchamiana jest z
"Menu 2"
gdzie występuje pod nazwą
Replicate".
* * *
Tych z czytelników, których zainteresowały zaprezentowane tutaj ciekawostki miasta
Milicza,
zapewne zainteresuje również strona o podmilickiej wsi
Wszewilki.
Opisuje ona bowiem fascynującą historię, tradycje, oraz dorobek kulturalny owej
podmilickiej wsi której losy zawsze nierozerwalnie związane są z losami Milicza.
W ten sposób strona o
Wszewilkach
doskonale uzupełnia niniejszą stronę o mieście Miliczu. (Przez ostatnie 1000 lat
Wszewilki zawsze pozostawały wsią należącą do miasta Milicza. Przykładowo, przez
wiele wieków posiadały oraz obsługiwały one jedyny młyn wodny Milicza.) Faktycznie
owa wieś Wszewilki jest nawet starsza od dzisiejszego (tj. murowanego) miasta
Milicza. Jako bowiem przygrodowa kolonia rolniczo-rzemieśnicza Wszewilki
istniały już w czasach poprzedzających podjęcie budowy obecnego murowanego
miasta Milicza, tj. istniały już w czasach kiedy Milicz zlokalizowany był w drewnianym
grodzisku położonym po przeciwnej niż obecnie stronie rzeki Barycz. Z treścią strony o
Wszewilkach
związana jest także strona o
przyszłości Wszewilek i Milicza.
Ponadto chciałbym poinformować, że istnieje także podobna strona poświęcona
opisowi miasta
Malborka
z północnej części Polski. Stronę tą także można oglądnąć za pośrednictwem
"Menu 1". Sporo tematów omawianych na niniejszej stronie jest tam również
naświetlone i zilustrowane z punktu widzenia odmiennego prastarego miasta
i zamku.
Na dodatek do powyższego, udostępniona jest już także strona
poświęcona opisowi ciekawostek miasta
Wrocławia.
(Przez długi okres historii Milicz administracyjnie podlegał biskupowi Wrocławia.)
Na stonie owej Wrocław jest naświetlany z podobnych punktów widzenia jak wieś
Wszewilki
oraz miasto
Milicz.
Serdecznie zapraszam do przeglądnięcia wszystkich tych stron.
Data założenia niniejszej strony: 5 czerwca 2004 roku.
Data najnowszego jej aktualizowania: 7 kwietnia 2007 roku.
(Sprawdź pod adresami z "Menu 3" czy już istnieje nawet nowsza aktualizacja!)